Jak długo to będzie ważne po śmierci

Nie sposób określić, jak długo będzie to trwało. Ważne, aby pozwolić sobie na przeżywanie wszystkich emocji, dać sobie czas. Jednocześnie rozpocząć powoli budowanie nowej codzienności, znajdować drobne zajęcia sprawiające radość, spotykać się innymi ludźmi i rozmawiać, na miarę swoich możliwości. Jak to z tym jest? Czasem - bardzo rzadko - rzeczywiście śnią się mi rodzice. Mój tata, który zginął rozstrzelany przez Niemców, i moja mama. I w sumie nie mam takiego przeświadczenia, że oni nie ... Po jego śmierci możemy odczuwać ulgę, dlatego że ta osoba już się nie męczy, nie cierpi. Z kolei my, nie musimy już patrzeć na jego cierpienie. Ważne, żeby pamiętać, że wszystkie emocje, czy reakcje są naturalne i mogą się pojawić w procesie żałoby. Francuski uczony Antoine Lavoisier próbował to zbadać przy pomocy swoich przyjaciół. Zanim zaprowadzono go na gilotynę powiedział im, że będzie się starał mrugać oczami jak najdłużej po ścięciu, a oni mają zmierzyć czas jego ostatniej aktywności. Podobno mrugał 15 sekund, jednak uznaje się to raczej za legendę. Dla niektórych co się stanie po ich śmierci z ich ciałem jest mniej ważne, a ważniejszy jest sam pogrzeb, a dla innych przekazanie organów do transplantacji. Swoją drogą są coraz bardziej rozmaite pomysły jak sam pogrzeb ma wyglądać. Ostatnio słyszałam o pożegnaniu, na którym brzmiała 'lambada'. Jak odnaleźć konto po zmarłym? Jak zlikwidować rachunek, gdy posiadacz już nie żyje? Czy dyspozycja na wypadek śmierci zapewni najbliższej rodzinie łatwiejszy dostęp do środków pozostawionych na rachunkach bankowych? Czytając artykuł poznasz odpowiedzi na te i wiele innych, ważnych pytań.

Pierwsza Sesja Lochów I Smoków - Karta Postaci cz. 2

2019.11.09 13:31 sebulec123 Pierwsza Sesja Lochów I Smoków - Karta Postaci cz. 2

Nastał ten dzień kiedy w końcu masz zagrać. Łapiesz napój, przekąskę i siadasz do stołu. Ale co to za tajemnicza karta którą kładzie mistrz gry przed tobą? Dlaczego jest na niej tyle cyfr i napisów?
Spokojnie. Nie ma co się zniechęcać na start. Karty postaci w lochach i smokach choć wyglądają na ciut skomplikowane, to takie na pewno nie są.
Dzisiaj opiszę jak odczytywać najpopularniejsze karty postaci i opowiem o znaczeniu ich elementów. Poniżej przedstawiam polską kartę postaci, ale dla ułatwienia podam też nazwy z angielskich kart. Polską kartę zdobędziecie tutaj lub w wersji angielskiej tutaj.

Oficjalna Polska Karta Postaci do D&D 5e
Zaczniemy od górnego panelu i będziemy poruszać się od góry do dołu, od lewej do prawej.
Górny panel:
Lewy panel - Cechy - Tutaj znajdziemy 5 najważniejszych cech naszej postaci. Karty są uzupełniane w różny sposób, ale w każdym polu znajdziemy 2 wartości. Która wartość umieszczona jest w większym polu, a która w mniejszym nie ma znaczenia. Ważne jest to że liczba z '+' przed sobą świadczy o bonusie, a liczba bez plusa o ogólnej 'intensywności cechy'. Dla przykładu. Siła 16, +3: mówi nam, że nasza postać posiada siłę na poziomie 16., co się objawia dodawaniem '+3' do rzutów na siłę, lub zwiększa nam odpowiednio bonus do ataków bronią sieczną typu topór.
Powyższe cechy maja kilka głównych zadań. Są bazą do wyznaczenia poziomu uszczegółowionych umiejętności, decydują o cechach fizycznych jak szybkość lub zdolność uniknięcia ataku przeciwnika, wyznaczają bonusy do ataków i zaklęć.
Kolejnymi polami widocznymi są:
Inspiracja ( INSPIRATION )- Jest to pole w którym zaznaczamy otrzymane inspirację (bonusy od mistrza gry pozwalające na rzut z korzyścią).
Premia z biegłości ( PROFICIENCY BONUS ) - Podczas tworzenia postaci wybieramy umiejętności i przedmioty, w których stajemy się biegli. Premia z biegłości zwiększana jest wraz z osiąganiem odpowiednich poziomów.
Rzuty obronne ( SAVING THROWS ) - są to rzuty wykonywane na polecenie Mistrza Gry. Odpowiadają one "jak dobrze opierasz się czemuś", czyli pokazują czy dasz radę odskoczyć przed lecącym głazem lub czy oprzesz się usypującemu zaklęciu. Cechy wskazane w tej tabeli możemy opisać w sposób podobny do poprzedniego.
Umiejętności ( SKILLS ) - decydują one "na czym się znamy" i w czym jesteśmy biegli. Uszczegóławiają zdolności, dzięki czemu możemy mieć różne poziomy biegłości w umiejętnościach opartych na tych samych cechach głównych (wskazanych w nawiasie).
Panel środkowy:
Ataki i magia ( ATTACKS & SPELLCASTING ) - tutaj wypisane są twoje ataki przy użyciu posiadanych broni i zaklęcia ofensywne. Przyjęta forma zapisu dzieli się na 3 pola:
Panel po prawej:
Pozostałe biegłości i języki ( OTHER PROFICIENCIES & LANGUAGES ) - panel w którym umieszczone są języki którymi władamy i nasze biegłości. Mogą to być np. biegłość w kartach i kościach oraz graniu na harmonii.
Wyposażenie ( EQUIPMENT ) - Wskazuje co nasza postać posiada. Ze względu na rozmiar najczęściej umieszczane są tutaj rzeczy najważniejsze w tym walutę. Pozostałe przedmioty mogą być umieszczone na innej karcie. Widzimy także tutaj pola waluty w której umieszczane są nasze pieniądze:
1 SP = 10 SZ = 20 SE = 100 SS = 1000 SM
Korzyści i zdolności ( FEATURES & TRAITS ) - wypisane są tutaj pozostałe korzyści i zdolności twojej postaci. Może być to widzenie w ciemności, jak i wrodzony talent do wykrywania zła. Jest to pole w którym często znajdziemy opisy zdolności i zaklęć związanych z naszą klasą i rasą.

Powyższy poradnik możecie pobrać w wersji PDF tutaj.

Mam nadzieję, że ten ciut długi, ale jednak prosty poradnik pomoże Ci szybko zrozumieć otrzymaną kartę postaci i sprawi, że rozrywka będzie przyjemniejsza i bardziej zrozumiała.

Udanych rzutów i zapraszam na kolejne części!
submitted by sebulec123 to DnDPolska [link] [comments]


2018.08.20 08:56 Gazetawarszawska Czy apostazją Beaty Szydło i konwersją na judaizm, Polska również dokonała aktu apostazji i przeszła na judaizm?

OKUPACJA ŻYDOWSKA W POLSCE 04 FEBRUARY 2018
+++
Laudetur Jesus Christus
"Naród, który się oburza, ma prawo do nadziei, ale biada temu, który gnije w milczeniu." Cyprian Kamil Norwid
Tekst ten napisaliśmy na przełomie roku. Nie zdecydowaliśmy się go opublikować ze względu na sformułowania i wnioski, które są bardzo ciężkie, a ponadto tekst dotyczący takiej materii powinien być napisany bardziej przez księdza i od strony teologicznej, a nie przez stronę laicką, mającą bardziej polityczny niż teologiczny punkt widzenia.
Jednak straszne wydarzenia w Oświęcimiu w dniu 27 stycznia podczas kolejnej rocznicy wyzwolenia obozu hitlerowskiego i późniejsze jeszcze straszniejsze, skundlone zachowanie „polskich” władz, w odpowiedzi na akt bydlęctwa ambasador Izraela Anne Azari, dały nam asumpt do refleksji odnośnie konieczności publikacji.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/273-apostazja-szydlo-i-konwersja-na-judaizm
Bo refleksje muszą być proste: to, co dzieje się w Polsce nie ma swojego odpowiednika w Historii świata, jest to Palec Boży ostrzegający nas jako Naród, przed dalszą tolerancją wobec żydów i żydostwa.
A odpowiedzialność za zbrodnie władców zawsze spadają na narody, które tym władcom podlegają. Tu zaś mamy do czynienia ze zbrodnią najgorszą: zażydzeniem władz i tego konsekwencje, które spadają na cały naród chrześcijański i jego ziemie.
+
Wygląda na to, że premier rządu RP Beata Szydło dokonała aktu apostazji i konwersji na judaizm. A krok ten uczyniła jako osoba publiczna, a nie osoba prywatna. Ten akt konwersji polskiej premier na judaizm odbył się w miejscu publicznym w obecności wielu świadków.
Czy to pociąga za sobą skutki formalne dla całej Polski i Narodu?
Czy akt ten jest aktem równoczesnego formalno-prawnego przejścia Polski i Polaków na judaizm? A co miałoby mieć skutki tak religijne jak polityczne w Polsce i w świecie.
+
Czy w dniu 26-XI- 2017, w Toruniu, podczas oficjalnych uroczystości judaistycznych, w zborze żydowskim mieszczącym się w „Kościele Maryi Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II" premier RP Beata Szydło odstąpiła od wiary katolickiej, a ujawniła, zadeklarowała swoje wyznanie judaistyczne lub konwersję do żydostwa?📷
Bo wtedy mianowicie miał miejsce akt przyjęcia „błogosławieństwa od rabina”, który będąc żydem, automatycznie jest antychrystem. Każdy rabin jest antychrystem sakralnym, deklaratywnym i w pełni świadomym. A więc Szydło jako strona bierna tego aktu z rąk szafarza antychrysta przyjęła na siebie ducha tego rabinicznego antychrystianizmu.
Czy Beata Szydło była świadoma znaczenia tego aktu i faktu jego dokonania w ogóle?
Bo jeśli tak, to zaparła się Pana Jezusa Chrystusa, tak jak zapiera się Pana Jezusa Chrystusa (przeklina Go wulgarnie!) każdy rabin, a czyni to wielokrotnie podczas dnia. I jeśli ktoś twierdzi, że akt Szydło nie ma znaczenia, lub jest prawnie dozwolony, ten jest żałośnie śmieszny i bluźnierczy. To tak samo jak Beata Szydło, a może i ten również dokonuje aktu apostazji, takim właśnie przyzwoleniem czy bagatelizowaniem! Bo ze sprawami bożymi nie ma żartów lub dwuznaczności.
Może byłoby to coś innego, gdyby Premier uległa ogólnemu duchowi „dialogu z judaizmem”, co samo w sobie jest już grzechem śmiertelnym, bo złamaniem Pierwszego Przykazana – duchowi obecnemu w czasie całego tego bluźnierczego spotkania – imprezy; gdy gospodarze chcąc okazać gościnność, tolerują czy ulegają pewnym zwyczajom zaproszonych gości, nie będąc świadomi znaczenia dokonywanych przez nich gestów, nie rozumiejąc ich języka ani sensu własnego w nich uczestnictwa. A sama zaś Beata Szydło byłaby zaskoczona, wmanipulowana, lub oszukana nawet przez jakiegoś rabina – przybłędę z obcego kraju. Ale i tak byłby to poziom taniego harcownictwa, bo coś takiego nie wypada głównym osobom w państwie, a żydowi nie wolno podejść do polskiego premiera i nakładać takiej osobie coś na głowę!
W tych strasznych czasach w świecie, w tym bezbożnym klimacie Polski - rzekomo chrześcijańskiej, w chaosie nihilistycznego plugastwa, my gazeta - prosty laikat – bierzemy na siebie rolę obrońcy Wiary. Tak musimy, bo w Polsce chyba nie ma już ani jednego zaangażowanego katolickiego kapłana, albo wszyscy zostali już całkowicie spacyfikowani przez listy dyscyplinujące od ich biskupów.
Przypominamy niniejszym, zwracamy uwagę na fakt, że Kościół Święty wszechwiecznie zakazuje jakiejkolwiek wspólnoty czynności religijnych z innymi wyznaniami pod rygorem exkomuniki, której ewentualne zdjęcie należy do biskupa. Exkomunika zaś spowodowana przez apostazję i przejście do innej wiary może być zdjęta jedynie przez Papieża. Jest to obowiązujące prawo w Kościele Świętym, którego nikt nie może odwołać, nawet papież, bo z chwilą takiego kroku sam jest automatycznie ekskomunikowany i nie jest już papieżem. A więc aktu odwołania takiego prawa dokonać nie może.
A wygląda na to, że ta domniemana apostazja Beaty Szydło i jej konwersja na judaizm ma charakter nie tylko jasny i oczywisty, bo nawet na grillu w remizie osoba premiera narzuca protokół innym uczestnikom i sama takiemu protokołowi surowo podlega. A wszystko, co tam się dokonało – w tym Rydzykowym zborze - przebiegło na płaszczyźnie międzynarodowej i międzyreligijnej, w trakcie uroczystości transmitowanych w TVP, podczas których – przed kamerami TV – taż Szydło gorliwie przemawiała plotąc nie tylko oblatane już swoje głupoty i krętactwa, ale na dodatek podkreślając dobitnie miejsce swego urodzenia, to jest pochodzenia z Oświęcimia, co biorąc pod uwagę dobrze rozpoznane oczekiwania mentalności żydowskiej mitomanii, mogło mieć charakter próby podsycania żydowskiego mistycyzmu – koszerności, czy kabały. Premier Beata Szydło takimi swoimi wypowiedziami do kamery telewizyjnej dobitnie uwidoczniła chęć wpisania się - głęboko i deklaratywnie - w żydowską religijność i wspólnotę z żydostwem. Tak więc musi to sugerować, że dokonany nieco później akt przyjęcia „błogosławieństwa” nie był w niczym przypadkowy lub spontaniczny, ale przeciwnie, był przemyślany, świadomy, koherentny duchowo z afiszowaną przez premier Szydło żydowską sakralnością swojej osoby.
+
To wszystko dokonało się podczas hucznego zjazdu żydostwa z Izraela i z Zachodu, koszernego rządu RP, redakcji Radio Maryja, Trwam w niedzielę 26-XI- 2017, w budynku o okultystycznej nazwie: Kościół Maryi Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła”.
Głównym motto wystąpień w tym zborze toruńskim była deklaracja „strony polskiej”, wobec zaproszonych żydów, dotycząca ilości zabitych Polaków, którzy złożyli swoje własne życie, życie swoich rodzin i sąsiadów w ofierze żydom. Główną treścią wystąpień zakonników z Torunia było podkreślenie religijnego aspektu aktu składania polskiego życia na ołtarzu żydostwa, a co miałoby być cnotą ogólno-chrześcijańską, która ma obowiązywać w Polsce.
Te przerażające autokanibalistyczne, antychrześcijańskie deklaracje zostały przyjęte przez żydów z wielką satysfakcją, choć nie brakowało z ich strony podkreśleń o konieczności spełnienia coraz to nowszych wymagań, bo akty antysemityzmu nie mogą być ani zapomniane, ani wybaczone i trzeba patrzeć, aby nie pojawiły się w przyszłości. Zaś wiceprzewodniczący Knesetu Yehiel Hilik Bar bez żadnych ogródek, z charakterystycznym żydowskim nachalstwem i bezczelnością, brutalnie, wyłożył groźby pod adresem „wrogów”, których Izrael będzie wszędzie i zawsze ścigał i karał. A którą to wypowiedź należałoby zrozumieć, jako groźby również pod adresem Polski i Polaków, bo jurysdykcja służb Izraela – wg. charakteru wystąpienia tego żyda - rozpościera się także i nad Polską. Na te słowa oczywistej agresji, chamstwa i afrontu ze strony żydowskiej nikt z zebranych nie zareagował, a byli tam przestawiacie najwyższych władz RP z „siłowym” ministrem MSW M. Błaszczakiem.
Mówcy występowali naprzemienne, potok wypowiedzi, a to żydów, a to gojów przetaczał się z kazalnicy w scenerii bardzo drogo wybudowanego zboru: wyzłoconych ornamentów, niebiańskich promieni złocistych cherubinów, drogich marmurów i kunsztownych posadzek z licznymi menorami, witraży płomieni świateł chanukowych czy kuszącego, ambru… przepychu niebios bogów. Żyd izraelski, który nawet dobrze usytułowany ekonomicznie, zmuszony w warunkach izraelskich mieszkać w tanim ciasnym, obskurnym mieszkaniu, lub baraku, z drogą wodą w kiblu, czuł się w tym zborze jak w Świątyni Salomona. A jako taki musiał wyraźnie słyszeć jak te bogate złocenia i misternie wypieszczone kamienie szeptały mu do ucha słodkie słowa: „jestem srebrem i złotem… weź mnie... weź mnie …należę do ciebie”. I żyd taki, dobry i bogobojny w myślach odnowił natychmiast Yawehowi swą wierność przymierza. I żyd ten solennie przyrzekł Yawehowi i wierność, i posłuszeństwo i to, że do Torunia rychło powróci i zabierze głupim gojom od Rydzyka to całe złoto i kamienie, a to tak, że nic w rękach tych durniów nie pozostanie, a jeżeli już, to jedynie kwity na długi do spłacenia. A gdyby jakiś goj chciał go powstrzymać, to będzie zabity, bo tak chce Yaweh, który jasno powiedział, że całe złoto tego świata należy wyłącznie do żydów.
W tym żydowskim sakralnym lokalu, nie mającym cech katolickiej świątyni, ale posiadającym liczne atrybuty symboliczne żydowskiego zboru - w synagodze? - Premier RP Beata Szydło, w obecności wielu osób konsekrowanych Kościoła katolickiego, wobec licznych przedstawicieli rządu polskiego oraz kilku ministrów z Izraela dokonała faktycznie otwartego aktu apostazji z formalnie, lub domyślenie z poprzednio wyznawanej przez siebie wiary rzymskokatolickiej – co podkreślamy raz jeszcze – i wyznała jakąś bliżej niezdefiniowaną religię pochodzenia judaistycznego.
Akt ten miał właśnie dwie bardzo ważne cechy: apostazję i jednoznaczne zadeklarowanie przystąpienia do innej przynależności religijnej. A ważnym jest podkreślić, że aktu apostazji można dokonać poprzez jedynie wyrzeczenie się wiary bez konieczności zadeklarowania innego wyznania. Tu jednak tak nie było, Premier Szydło dopuszczając się praktyk religii żydowskiej, zadeklarowała automatyczną apostazję i wywołała tym równie automatyczny skutek ekskomuniki „Excommunicatio latae sententiae” – wiążąca mocą samego prawa, która następuje automatycznie po czynie – a więc jednym postępkiem wywołała dwa skutki.
Akt ten został całkowicie przemilczany w polskich mediach tak oficjalnych, jak i „alternatywnych”, w sprawie tej nie zabrał głosu żaden ksiądz katolicki, a co nasuwa nam wspomniane wyżej przykre przypuszczenie, że w Polsce nie ma już katolickiego kapłana. Milczenie kleru w tej zasadniczej sprawie naszej wiary jest dla nas – mimo wszystko - ogromnym zaskoczeniem i przygnębiającym zniesmaczeniem. Kontaktowaliśmy się w tej sprawie z kilkoma księżmi – znanymi nawet jako „tradycjonaliści”, czy „nacjonaliści”, ale faktycznie w odpowiedzi otrzymaliśmy wykrętne tłumaczenia, albo podobne reakcje. Czyli szukaj sobie wiatru w polu.
Ale o ile po polskiej stronie osoby powołane do ewangelizacji i obrony Wiary, to znaczy kler, przymykają oczy nad tym strasznym faktem i udają, że nic nie widzą, a media poprawności politycznej i media alternatywne również solidarnie milczą, to po stronie żydowskiej odtrąbiono ten fakt „błogosławieństwa premier Szydło przez rabina” jako wielkie wydarzenie. A więc tylko patrzeć - jakie to będą dalsze konsekwencje tego faktu.
O samym tym zdarzeniu poinformował najpierw sam konsekrator rabin Rafi Ostroff, który na FB, czy TT opublikował zdjęcie momentu rabinicznego błogosławieństwa na katolickiej Premier RP, a sprawę dalej rozdmuchał znany i lubiany treser Dudy, rządu RP, Rydzyka, Sejmu, Poczty Polskiej, a nawet ZOO na Pradze sierżant Jonny Daniels. Ten fakt apostazji Szydło i przyjęcie błogosławieństwa ze strony rabina jest więc zarejestrowany przez Danielsa. Nie jest to przypadkowe i on zadba już o to, że będzie miał on charakter niejako artykułu wpisanego do konstytucji RP - polin. I tam, gdzie jest Daniels, tam nikt się przed duchem tego wpisu nie uchroni, a konsekwencje z wynikające z tego faktu będą dalekosiężne i trudne do przewidzenia. Spodziewajmy się tylko, że uderzenie nadejdzie – co niewątpliwe.
Komentując szerzej to zdarzenie, konsekrator Szydło - rabin Rafi Ostroff objaśnił, że treść błogosławieństwa była tajna, a charakter aktu błogosławieństwa prywatny.
To, że coś jest tajne u żydów, to jest dla nich naturalne, bo dzięki temu wszelkie np. umowy i porozumienia można bezustannie zmieniać na korzyść żydów – a uzgodnienia takie mają faktycznie charakter carte blanche. To nic nowego. W naszej historii mamy wiele takich niechlubnych momentów umów czy zobowiązań z żydami jako stroną i zawsze umowy takie wywoływały nam wielkie szkody. Najstarszym takim przykładem są tzw. „przywileje kaliskie” Bolesława Pobożnego 1264, które jako zaginione, o nieznanej treści, zostały później „uznane za ważne” przez jednego z najgorszych polskich władców króla Kazimierza. „Przywileje” zostały uznane za autentyczne i dalej obowiązujące, za co historia dała temu królowi, ciemiężycielowi własnego ludu i łajdakowi, przydomek Wielki. Najnowszym zaś - i najgorszym w skutkach - tajnym porozumieniem z żydami był akt wypędzenia Zakonnic Karmelitanek z klasztoru na Żwirowisku w Oświęcimiu.
Ten bluźnierczy akt wypędzania Karmelitanek z ich klasztoru, dokonany celem spełnienia potrzeb żydowskiego okultyzmu, był grzesznym, heretyckim aktem postawienia „żyda nad chrześcijaninem”, za który to Jan Paweł II, mocą obowiązującego prawa, został usunięty ze wspólnoty wiernych – exkomunikowany. I fakt ten jest tak bezsprzeczny, jak fakt istnienia samego prawa, które obowiązuje absolutnie wszystkich w Kościele, a papieża również i bez wyjątku.
📷
Klasztor na Żwirowisku w dniu wypędzenia Karmelitanek przez Jana Pawła II.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/178-kalendarium-konfliktu-oswiecimskiego
Wypędzenie Karmelitanek z ich konsekrowanego klasztoru było żydowsko bezwzględne, brutalne. Obciąża ono nie tylko Jana Pawła II, ale i nas samych, jest naszym grzechem pierworodnym, bo myśmy na to pozwolili.
Wypędzenie to jest hańbą naszej „demokracji”, kamieniem młyńskim na naszej szyi. I my, jako naród odstępczy od obowiązków ochrony Wiary, tylko czekamy na to, aż ktoś da nam kopniaka w tyłek i z tym kamieniem zrzuci nas do Wisły i będzie po nas, raz na zawsze!
O ile wydarzenia związane z likwidowaniem klasztoru na Żwirowisku to nasza hańba i upadek, to dla żydów był to niezwykły sukces duchowy, gdzie strona kościelna – kard. Macharski - zobowiązała się nie tylko do usunięcia Karmelitanek z ich klasztoru, prawnie posiadanego domu, ale i do odstąpienia od prawa do sprawowania kultu katolickiego na terenie całego obozu.
Skutkiem tego żydzi osiągnęli coś znacznie więcej, bo prawo do sterowania polskim życiem religijnym w Polsce! To oni zachowali sobie prawo do tego, że będą nachodzić teren obozu śpiewać i tańczyć, a Polakom nie będzie wolno nawet się modlić, a jeżeli już, to sporadycznie i po cichu. Daj żydowi palec… to weźmie i rękę, a jak mawiała do Polek oświęcimskich współwięźniarka Niemka – „Daj żydowi palec …to żyd weźmie całego ciebie”. I tak się stało.
I tak, rok po roku, sprawy poszły do przodu! Doszło już nawet do sytuacji w Oświęcimiu, że podczas różnych demonstracji zakazane są nie tylko katolickie modlitwy, a są rozpowszechnione żydowskie modły jako wspólne i wiążące dla katolików! Polacy mają się modlić pod kierunkiem rabinów! A często wspólnie z żydowskimi kapo! I taki fakt jest podany w mediach, przez jedną więźniarkę, która w baraku dla małych polskich dziewczynek lat 2-6 była terroryzowana i bita kijem przez dorosłe żydowski więźniarki, aby wymusić ślepe posłuszeństwo na tych dzieciach. „ … my małe dziewczynki bez naszych mam strasznie się bałyśmy tych okrutnych żydówek”.
W Oświęcimiu, a także w całej Polsce, na płaszczyźnie politycznej i socjalnej, w morzu żydowskich flag z gwiazdą Dawida, są zakazane chorągwie polskie będące oficjalnymi chorągwiami narodowymi i państwowymi na swoim własnym terytorium.
POLAKOM ZAKAZANE JEST EXPONOWANIE CHORĄGWI POLSKICH JAKO SYMBOLI NARODOWYCH I PAŃSTWOWYCH.
Żydzi tak polskojęzyczni, jak i żydzi z Izraela lub Zachodu zakazują Polakom prawa do wznoszenia polskiej chorągwi na polskiej ziemi! A to pod groźbą, że żydowscy strażnicy powykręcają im ręce, zbiją po mordach, a polskie chorągwie skonfiskują i wyrzucą na śmietnik. Czyli żydzi czynią z chorągwiami polskimi dokładnie to, co Jan Paweł II i biskupi zrobili z krzyżami na Żwirowisku, a na co Naród w końcu się zgodził, bo umęczony, zaprzestał swoich antyżydowskich protestów.
Są to bolesne skutki tamtego nieodpowiedzialnego, heretyckiego, a przestępczego wobec prawa karnego w Polsce zachowania K. Wojtyły. I teraz Polska nie ma już żadnej kontroli nad terytorium Oświęcimia, tak obozu, jak i nawet samego miasta. A tak prosto się zaczęło – dialogiem żydami.
Tu, pod tym linkiem Kalendarium konfliktu oświęcimskiego ... , mamy chronologicznie uszeregowane fakty poczynań, zdrajcy wiary katolickiej, papieża Jana Pawła II i jego przybocznych biskupów: Glempa, Macharskiego, Rakoczego i wielu z Zachodu, głównie z Francji i Belgii, czyli krajów zjadanych obecnie przez muzułmańskie najazdy – taka widać jest za to kara czy konsekwencja!
Przejedźmy jednak do spraw zasadniczych konsekwencji dla nas jako Państwa Narodu i Kościoła.
Konsekwencje tego wydarzenia nastąpią i nie trzeba będzie na nie długo czekać. Będą one wielopłaszczyznowe.
Po pierwsze i najważniejsze, sprawa duchowo- antropologiczna: idiotka premier RP Beata Szydło schyliła się – poniżyła – wobec przedstawiciela obcej rasy, obcej etyki, obcej religii i brutalnie antychrześcijańskiego państwa. I ten przedstawiciel – żyd, rabin, antychryst - dokonał wobec niej czynności związanych ze sprawowaniem władzy, a których dokładny charakter nie jest nikomu znany, nie będzie znany, ale będzie wykorzystywany, nadużywany poprzez żydostwo w przyszłości.
Sprawa rabinicznego błogosławieństwo na premier Beacie Szydło ma znaczenie dwupłaszczyznowe:
Jedną płaszczyzną jest nasz stosunek do tego aktu, nasze rozumienie i podejście do niego, a drugą jest żydowski stosunek do strony, która takiemu aktowi się poddała, jego interpretacja i budowana wokół niego narracja religijna czy polityczna.
O ile w pierwszym wypadku Polacy, jak pijani kibice piłkarscy, zaczną po pijacku śpiewać: „Polacy, nic się nie stało… nic się nie stało” , a za jakiś czas dokona się kolejny krok w naszym odchodzeniu od katolickiej wiary i też będzie, że „nic się nie stało”, bo w końcu owczarnia, która nie ma swego pasterza, zbłąkana miota się po bezdrożach i łatwo pada łupem wilków czy własnej próżności.
Jednak z drugiej strony żydostwo - w typowy sobie sposób - bierze wszystko, co się tylko da, kwitów nie wystawia, do niczego się nie zobowiązuje, ale weksle na gojów gorliwie zbiera.
I tu mamy problem i arcyważny, i arcyniebezpieczny. Otóż należy się spodziewać, że żydzi zaczną głosić, że Szydło przyjmując błogosławieństwo, jako premier RP, poddała się jurysdykcji rabina, a to znaczy władzy rabinatu, to znaczy władzy kahału, co znaczy władzy Talmudu, a to znaczy władzy Sanhedrynu! A razem z premier Szydło „błogosławieństwo rabina” przeszło na całą Polskę, społeczeństwo i państwo.
Polacy pochyleniem głowy Szydło dokonali konwersji na judaizm, są już żydami!
A to, że dotyczy to na początek tylko osoby premier nie jest żadną okolicznością ograniczającą, bo wszystkie akty przyjmowania nowej wiary odbywają się w podobny sposób. Nowy kult się pojawia i po jakimś czasie władca przechodzi konwersje, a za nim później cały naród, chociaż stara religia może jeszcze się tlić w dołach społeczeństwa przez wieki całe. Liczy się głowa państwa, a premier Beata Szydło tak może być nazwana.
Sprawa zatem jest bardzo niebezpieczna: ustawa Kongresu USA 447 została przyjęta. I w tym kontekście, to już nie musi być akt wrogi, lub obcy Polsce, bo została przyjęta na życzenie rabinów, którzy właśnie reprezentują polin, bo jest to kraina żydów. Konwersja premier Beaty Szydło jest tego wizualnym dowodem.
A do tych wizualnych dowodów, należy doliczyć wysoką nadreprezentację żydów w Sejmie, Senacie, Duda zamaskowany żyd – bo np. według tajemnic rabinów tak trzeba.
Ale to, co jest tajemnicą dla gojów, jest otwartą księgą dla żydów w Senacie i Białym Domu. Do tych właśnie tajemniczych list żydowskich w polin jest już lista jawna, a na jej czele jest premier rządu, która w imieniu władz przystąpiła do judaizmu, na co są dowody.
Teraz sprawy żydowskie będą toczyć się bardzo szybko. Akt ten nadaje żydom prawo do jurysdykcji w Polsce – polin Dudy. Żydzi decydują o wszystkim w Polsce także wobec stron trzecich.
Prawo zaś mówi (Talmud), że nieposłuszeństwo wobec Talmudu może być wybaczone, ale nieposłuszeństwo wobec władzy rabina nigdy wybaczone nie będzie. Szydło zatem podlega prawu władzy rabinów i musi im być posłuszna, a to pod groźbą śmierci, bo z nimi żartów nie ma. Symetrycznie czy konsekwentnie: Każdy premier, który jest na miejscu Szydło - drogą sukcesji - podlega takiej samej jurysdykcji żydowskiej jak to dotyczyło Szydło. Takie jest prawo Talmudu – z Talmudem żartów nie ma.
+
A jest już absolutnie bez znaczenia to, co sama Szydło obecnie sądzi o „błogosławieństwie”, czy jego charakterze, bo to nie ona, ale to rabin Rafi Ostroff ma kwity i to on ma wyłączny monopol na ich odczytanie.
Biada!
In Christo
Krzysztof Cierpisz
03-II-2018.
+++
"https://wpolityce.pl/polityka/155334-zadna-grupa-zawodowa-nie-byla-tak-tepiona-przez-hitlerowcow-jak-duchowni-katoliccy-przed-smiercia-prosil-by-przywrocic-polakom-swiadomosc-rzeczywistej-ofiary"tej-ofiary
http://www.gazetawarszawska.net/administratoindex.php?option=com_content&view=article&layout=edit&id=6629"
https://wsksim.edu.pl/konferencja-pamiec-i-nadzieja-foto/
http://gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/172-list-ambasador-izraela-w-polsce-anna-azari-do-marszalka-sejmu

Apostazja RM i TV Trwam, kolaboracja z żydowskim najeźdźcą Polski!
Chuligan oświęcimski patriarchą żydówki Beaty Szydło! ...
Premier Beata Szydło dokonała aktu apostazji
"...bo każdy, kto się godzi aby ona jeszcze pozostawała na stanowisku premiera jest zdrajcą Polski i Polaków."
O Wyprawę Krzyżową przeciwko żydowskim okupantom Polski! ...
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2017.12.14 21:34 ben13022 Raport o stanie reportażu.

Po tegorocznej gali Nagrody Nike mówiono o przełomie – że nagrodzenie reportażu Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów” oznacza nobilitację tego gatunku i potwierdzenie jego literackiego obywatelstwa. To samo zresztą mówiono, kiedy w 2015 r. reportaż po raz pierwszy uhonorował Komitet Noblowski, przyznając literacką nagrodę białoruskiej reporterce Swietłanie Aleksijewicz. Po tegorocznej edycji Nike pojawiły się nawet krzywdzące głosy, że jury potraktowało wyróżnienie dla Białorusinki jako rodzaj przyzwolenia na nagrodzenie reportażu również w Polsce. Łatwo odnaleźć źródło takiego spojrzenia na reportaż. Przecież już dawno temu określono go mianem „bękarta literatury pięknej i popołudniówki”. Sam Ryszard Kapuściński zwierzał się raz Andrzejowi Czciborowi-Piotrowskiemu z zazdrości, że ten jest poetą w Związku Literatów Polskich, podczas gdy on – tylko dziennikarzem. Okazuje się, że kompleks niższości wobec literatów mieli też najwięksi reporterzy, jakbyśmy na długie lata zapomnieli, że w Polsce pierwsze reportaże pisywali wybitni pisarze: noblista Reymont, Prus, Żeromski. Dzisiaj reporterzy znajdują się wśród najbardziej popularnych i – co dopiero ciekawe – najchętniej recenzowanych polskich autorów. Reportaż ma ważną pozycję w rodzimej literaturze i dla jego kondycji, popularności oraz przyszłości chyba nie ma zbyt dużego znaczenia to, co sądzi o jego „literackości” jury tego czy innego konkursu.
Przynajmniej od 2007 r., kiedy Wydawnictwo Czarne na dobre rozwinęło swoją serię, mówi się o modzie na reportaż. Już to, że powtarza się to od dekady, powinno budzić podejrzenia – żadna moda nie trwa tak długo. Podejrzliwość w tym przypadku jest słuszna, bo funkcjonujący trochę na zasadzie faktu medialnego boom na reportaż ma w sobie coś ze złudzenia optycznego. Pierwszy składnik iluzji to liczba książek reporterskich, które pojawiają się na rynku. Półki w księgarniach uginają się od reportaży, a kolejne miesiące przynoszą następne dostawy nowości. Reportaże powstają dzisiaj stosunkowo szybko, a na pewno szybciej niż w przeszłości. Nie są więc rzadkością książki pisane po krótkich wyjazdach za granicę lub po kilku miesiącach zbierania materiału w kraju. Dawniej było inaczej. Weźmy za przykład niektóre z najwybitniejszych książek reporterskich pierwszej dekady XXI w.: „Modlitwa o deszcz” to efekt jedenastu podróży Wojciecha Jagielskiego do Afganistanu odbytych na przestrzeni dekady, „Gorączka latynoamerykańska” Artura Domosławskiego powstawała około siedmiu lat, Mariusz Szczygieł pisał reportaże, które złożyły się na „Gottland”, przez pięć lat, a Wojciech Tochman wydał swój pierwszy zbiór tekstów, „Schodów się nie pali”, po dziesięciu latach pracy reporterskiej.
Ale to były inne czasy, kiedy reportaż żył w gazetach, zanim kryzys finansowy w prasie wygonił go do książek. Dzisiaj młode reporterki i reporterzy, wzorując się na starszych kolegach i koleżankach, biorą się od razu za książki, często mając więcej chęci niż doświadczenia. Zamiast być podsumowaniem etapu dorobku, obecnie książka jest jego otwarciem. I wcale nie musi to być zjawisko tylko negatywne, tym bardziej że ma też jedną pozytywną przyczynę. Wielu młodych autorów po prostu garnie się do reportażu, nawet jeśli młodzi mają dzisiaj dużo trudniej pod względem finansowym niż ich idole, którzy przynajmniej mieli etaty w gazetach. To zresztą tłumaczy też ich pośpiech w pisaniu. Ale jeśli uzbierają cenne doświadczenie i odnajdą własny głos, polski reportaż czeka jeszcze wiele znakomitych książek.
Drugą składową iluzji jest wszędobylska promocja. Reportaż jest najlepiej i najsilniej promowaną literaturą w Polsce. Reporterzy w większości są czynnymi albo byłymi dziennikarzami, a to oznacza, że w okresie premiery książek mogą liczyć na pomoc swoich własnych lub zaprzyjaźnionych redakcji. Sporo załatwia też promocyjna samopomoc autorów, sama w sobie zrozumiała, ale jednocześnie stanowiąca charakterystyczną cechę środowiska reporterskiego. Rewersem tych koleżeńskich rekomendacji jest jednak to, że książki autorów funkcjonujących poza środowiskiem i jego współzależnościami nie cieszą się takim zainteresowaniem jak dzieła tych autorów, którzy mają dużo znajomych.
Czy reportaże dobrze się sprzedają, jak wieść głosi? Trudno o konkretne dane na temat popularności książek reporterskich. Wydawnictwa raczej nie chwalą się nakładami, a rynkowe raporty nie są aż tak dokładne. Trzeba więc wypatrywać list bestsellerów. Ale jakoś nie widać na nich wielu reportaży – a w każdym razie jest ich dużo mniej, niż można byłoby się spodziewać, gdyby faktycznie była na nie moda. Na tegorocznych listach bestsellerów Empiku naliczyć można siedem reportaży: dwie książki Wojciecha Sumlińskiego, „Małą zbrodnię. Polskie obozy koncentracyjne” Marka Łuszczyny (reportaż historyczny o polskich obozach, w których po wojnie przetrzymywano m.in. Niemców lub Ukraińców przesiedlanych w akcji „Wisła”), „Małych bogów. O znieczulicy polskich lekarzy” Pawła Reszki (wiwisekcję problemów służby zdrowia), biografię „Tu byłem. Tony Halik” Mirosława Wlekłego i „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu” Marcina Wójcika (reportaż o instytucji celibatu w Kościele). Trzeba jednak zauważyć, że te książki zajmują raczej dalsze pozycje zestawienia. Żadna z nich nie odniosła takiego sukcesu jak np. „Macierewicz i jego tajemnice” Tomasza Piątka (też reportaż). Książki reporterów mają jednak spore grono oddanych czytelników. Są też oficyny, które uczyniły reportażowe serie swoim znakiem rozpoznawczym. Ale ogromna podaż i wytrwała promocja tworzą rodzaj wirtualnej rzeczywistości, w której trwa boom na reportaż, a każda reporterska premiera to dzieło wybitne. A tak przecież nie jest.
Prześledzenie historii obecności reportaży na listach książek nominowanych do Nagrody Nike wymaga rozważenia, co reportażem jest, a co nim nie jest – a to nie zawsze jest łatwe. Jeśli jednak przyjmiemy liberalną definicję reportażu jako dzieła, w którym autor zawiera własną relację z prawdziwych wydarzeń, do nagrody nominowano już czterdzieści jeden reportaży, z czego aż osiemnaście dotarło do ścisłego finału (najwięcej rok temu, wśród dwudziestu nominowanych książek znalazło się sześć reportaży, dwa dotarły do finału). Co więcej, jeśli będziemy trzymać się tej luźnej definicji, okaże się, że reportaż już raz wygrał – w 2005 r., kiedy laur przypadł „Jadąc do Babadag” Andrzeja Stasiuka, refleksyjnemu zapisowi podróży przez kraje środkowo-wschodniej Europy. Czyli coś jakby reportażowi, nawet jeśli kojarzymy Stasiuka głównie z innym pisaniem, a włączenie go do grona reporterów pewnie by go rozbawiło. Trzeba też wspomnieć, że w przeszłości czworo reporterów – Ryszard Kapuściński, Mariusz Szczygieł, Magdalena Grochowska i Magdalena Grzebałkowska – otrzymało Nike Czytelników, nagrodę przynajmniej z jednego względu ważniejszą niż laur główny. Osobną, lecz bardzo interesującą kwestią jest nieobecność rasowego reportażu wśród autorów, którzy przyznawaliby się do prawicowej proweniencji. Reportaży nie znajdziemy też, choćby śladowo, w mediach, które same o sobie mówią „niepokorne”. Otwiera to pole do ciekawych i daleko idących spekulacji, ale to temat na osobny branżowy tekst dla miesięcznika „Press”.
Nas interesuje fakt, że tegoroczną Nagrodę Nike, kojarzoną z Agorą, dostał jako pierwszy reporter Cezary Łazarewicz. Nie Hanna Krall, Ryszard Kapuściński, Małgorzata Szejnert, Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman czy Wojciech Jagielski, by wymienić tylko najwybitniejszych spośród nominowanych w poprzednich edycjach, tylko właśnie Cezary Łazarewicz, reporter wytrawny i solidny, ale do tej pory raczej niezaliczany do reporterskiego parnasu, niekojarzony też z „literackim” nurtem reportażu, chyba najbardziej predestynowanym do pierwszego wyróżnienia. Dlaczego?
Wygląda, jakby historia Grzegorza Przemyka czekała przez tyle lat właśnie na Cezarego Łazarewicza. Dziesiątki, jeśli nie setki dziennikarzy stykało się z historią zabójstwa z 1983 r., ale dopiero on napisał o tej sprawie książkę, która oddaje sprawiedliwość – tematowi, ofiarom, a także sprawcom i ich pomocnikom. To reportaż o wielkim ciężarze, drążący aż do samego dna. I temat, i czytelnika.
Łazarewicz przeprowadza swoje śledztwo z dużą starannością, ostrożnie i z taktem. Nie brakuje mu też odwagi. W czasach ochrony danych osobowych nie boi się podawać nazwisk. Nie dość, że zapisuje dane sprawców, to w niektórych przypadkach podaje też szczegóły, które umożliwiają ich odnalezienie. Chroni tylko tożsamość Cezarego F., przyjaciela Przemyka i najważniejszego świadka zajścia, który później stał się obiektem ogromnej i bezpardonowej gry operacyjnej Służby Bezpieczeństwa. Ale dla sprawców i stojących po ich stronie nie ma żadnej taryfy ulgowej. W tej książce wszystko jest na serio, to reportaż poważny jak życie i śmierć. W centrum „Żeby nie było śladów” jest kłamstwo i zbrodnia bez kary. Łazarewicz drobiazgowo opisuje, jak władze PRL mataczyły, by za śmierć Przemyka odpowiedzieli nie milicjanci, którzy go pobili, tylko ktoś inny. Ta książka to litania draństwa, opowieść o cynizmie, o ludziach, dla których ludzkie życie jest niczym – można je ukrócić, zniszczyć i zadeptać. Najważniejszym uczestnikiem tych wydarzeń, do którego dotarł Łazarewicz, jest Michał Wysocki, sanitariusz, którego Czesław Kiszczak wytypował do skazania za śmierć Przemyka. Ta sprawa złamała mu życie, wciąż jest w jej cieniu. Ale „Żeby nie było śladów” to nie tylko przypowieść o złu. To też przejmująca opowieść o matce ¬Przemyka, ¬poetce Barbarze Sadowskiej, o jej walce, żałobie, a także o bliskości i pomocy, której doświadczała w trudnych czasach. To jasna strona tej historii, promyk, który rozświetla mrok. Łazarewicz panuje nad zebranym materiałem, rekonstruuje wydarzenia dzień po dniu, prowadząc narrację pewną ręką. Stroni przy tym od reporterskich sztuczek i „literackiego” efekciarstwa – nie ucieka w domysły, nie eksperymentuje zanadto z formą. Nie znaczy to jednak, że nie odwołuje się do literackości w inny sposób. W kilku miejscach nawiązuje nieoczekiwany dialog z klasykami – pierwszy rozdział książki przypomina „Kronikę zapowiedzianej śmierci” Marqueza, a scenę wejścia na salę sądową prokuratorki rozpoczyna wariacja na temat otwarcia opowieści o Poncjuszu Piłacie z „Mistrza i Małgorzaty”: „W czarnej todze z czerwonym żabotem, krokiem kawalerzysty, wczesnym wtorkowym rankiem do sali rozpraw wypełnionej po brzegi kamerami, reflektorami, mikrofonami radiowymi wchodzi przysadzista tleniona blondyna – prokurator wojewódzka Wiesława Bardon, zwana Bardonową”.
Rzeczy, o których pisze Łazarewicz, mogą coś nam przypominać. W rzeczywistości, którą opisuje, każdy, kto zadziera z władzą, musi mieć coś za uszami – być narkomanem jak Grzegorz Przemyk, źle się prowadzić jak Barbara Sadowska, brać pieniądze od wrogów ojczyzny jak adwokaci, którzy jej pomagali – a usłużne media na posyłki rządzących szczują jednych na drugich (duży udział miał w tym Jerzy Urban, ówczesny rzecznik rządu, który radził np., żeby zaczekać z mieszaniem Przemyka z błotem, aż z kraju wyjedzie Jan Paweł II). „Prasa i telewizja w owym czasie z zaciekłością podsycały wciąż nienawiść ludzi do pogotowia” – notowała cytowana w książce Łazarewicza doktor Barbara Makowska, więziona przez trzynaście miesięcy za fikcyjny napad na pacjenta, których to napadów seria miała propagandowo osłaniać wersję wydarzeń forsowaną przez Czesława Kiszczaka. Już nie wspominając o tym, że nadal żyjemy w kraju, w którym można umrzeć na komisariacie, jak Igor Stachowiak. Laudacja, którą po ogłoszeniu werdyktu wygłosił przewodniczący jury Nagrody Nike Tomasz Fiałkowski, pozwala twierdzić, że za wyróżnieniem dla Łazarewicza stały nie tylko walory literackie książki, ale też właśnie sposób, w jaki opowieść o jednej z najbardziej znanych zbrodni PRL nawiązuje do współczesności, a ściślej – do obecnej sytuacji politycznej w kraju. Jest to zresztą interpretacja, którą przyjmuje, a nawet propaguje w swoich wypowiedziach o książce sam autor, np. kiedy mówi – jak podczas gali Nike – iż ma nadzieję, że tak jak on opisał mechanizm budowania kłamstwa w PRL, tak ktoś za 20 lat opisze dzisiejsze mechanizmy sprawowania władzy – i też dostanie za to nagrodę.
„To historia sprzed ponad trzech dekad, z zamkniętej epoki, ale mechanizmy w niej opisane zawsze mogą się powtórzyć – mówił w laudacji Fiałkowski. – Jest wiarygodnym świadectwem tamtego czasu, ale i przestrogą przed tym, co może się zdarzyć, gdy wymiar sprawiedliwości traci niezależność i staje się narzędziem politycznej władzy”. Nagroda polityczna? Można tak powiedzieć. Ale można też inaczej – jasne stanowisko w ważnym momencie. Literatura, szczególnie reportaż, ma prawo, a może nawet powinność, mówić o rzeczywistości dosadnie. Tej, którą opisuje, i tej, w której funkcjonuje. Także jeśli chodzi o politykę. W przypadku reportażu teza o „neutralnej literaturze” sprawdza się bardzo rzadko, jeśli w ogóle. Tak samo między bajki można włożyć ułudy o „neutralnych” nagrodach. Im szybciej to przyznamy, tym lepiej.
Reportaż to najbardziej sporny rodzaj twórczości w Polsce. Czym jest prawda? Jak daleko można się posunąć w beletryzacji wydarzeń? Czy można łączyć bohaterów, by narracja bardziej gładko szła do przodu? Coraz częściej te i inne warsztatowe kontrowersje nabierają rozgłosu i dochodzą do czytelników. – ostatnio za sprawą wywiadu, jakiego udzielił „Krytyce Politycznej” Artur Domosławski („część reporterów w Polsce nie chce rozmawiać o zasadach reportażu. Według nich reportaż ma się przede wszystkim dobrze czytać. A to przecież zaledwie środek do celu” – mówił w wywiadzie autor „Kapuściński non-fiction”). Po nim głos zabrał Adam Leszczyński, który proponował stworzenie akceptowalnego przez wszystkich zestawu reguł, których reporterzy mieliby przestrzegać. Ale był to chyba utopijny, żeby nie powiedzieć: niemądry pomysł. Reguły reportaż z grubsza już ma, co nie przeszkadza nikomu ich łamać, a żaden kodeks sam przez siebie nie może zagwarantować, że będzie przestrzegany. Taki zbiór zasad może miałby sens w odniesieniu do reportażu prasowego, ale dzisiaj reportaż żyje przecież w książkach. Jak ustalać zasady pisania książek?
Leszczyński miał jednak rację, kiedy zwracał uwagę, że metoda, jaką jest reportaż literacki, może mieć „genetyczną” wadę. Nie chodzi tu jednak o skłonność do zmyśleń, ale o swobodne korzystanie ze źródeł, czyli – z cudzej pracy. Reportaż literacki ma bowiem tendencję do ich wchłaniania – tłumaczy się to stylem, integralnością opowieści, dbaniem o łatwość lektury – co niestety może stanowić idealną przykrywkę dla różnych wątpliwych praktyk pisarskich. A to skutkuje aferami, takimi jak w przypadku Witolda Szabłowskiego, który w znacznym stopniu oparł swój reportaż z antologii „Mur. 12 kawałków o Berlinie” (Czarne, 2015) na filmie dokumentalnym o Niemcach wysyłających za komuny paczki pomocowe do Polski, Andrzeja Muszyńskiego, który włączył do swojej książki „Cyklon” (Czarne, 2015) opracowanie fragmentów książki Benedicta Rogersa „Than Shwe. Unmasking Burma’s Tyrant”, lub Jacka Hugo-Badera, który w swoim „Długim filmie o miłości” (Znak, 2014) wykorzystał w nieoznakowany sposób teksty dziennikarzy „Tygodnika Powszechnego”. Gdy ich przypadki wyszły na jaw, reporterzy mniej lub bardziej skutecznie przeprosili swoich czytelników, ale te sytuacje pokazują, że ilekroć reportaż budzi kontrowersje, często w tle pojawia się też problem uczciwego korzystania ze źródeł. Może więc się okazać, że problemem polskiego reportażu nie są wcale zmyślenia, ale różne formy plagiatu.
Nawracanie dyskusji o reportażu ilustruje dwie rzeczy. Pierwsza to duże znaczenie, jakie podstawowa kategoria w reportażu, czyli prawda, ma zarówno dla czytelników, jak i autorów. Ale kolejne spory o prawdę pokazują też, że nie jest to debata, którą można raz na zawsze zakończyć. Te przypominające powoli rytuał spory – jednocześnie ciekawe i nieciekawe, bo bazujące wciąż na tych samych przypadkach nadużyć, z Kapuścińskim na czele – od niedawna zyskały jednak nową jakość. W reportażu coraz mocniej rysuje się wielogłos, różne podejścia i wrażliwości. Coraz częściej na temat współczesnego reportażu wypowiadają się jego krytycy, którzy, jak się niedawno okazało, są też wśród samych reporterów. Dominacja reportażu literackiego jako głównego nurtu reporterskiego pisania jest kwestionowana. To dobrze. Wielogłos zawsze jest lepszy niż monolog. Szczególnie w reportażu.©
Anegdotę o Ryszardzie Kapuścińskim zaczerpnąłem z książki „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego.
Debiutancki zbiór reportaży nagradzanego blogera. Wzruszające, miejscami dobrotliwie zabawne, mądre i napisane z pokorą historie o ojcostwie. Ojciec owdowiały, głuchy, zastępczy, niepełnosprawny ruchowo, zmagający się z autyzmem swojego syna, a także taki, który wraz z innymi ojcami szuka sposobów, jak być lepszym – to bohaterowie tych reportaży. Książka nie tylko dla ojców, ale dla wszystkich rodziców, a także dla tych, których dopiero to czeka. Kruczkowski wybrał na swoich bohaterów ludzi, od których można się uczyć. To największa zaleta tej książki.
Reporterska biografia Ireny Sendlerowej. Bikont spisuje świadectwa uratowanych żydowskich dzieci i niezliczonych źródeł, by nakreślić portret kobiety, która stała się symbolem Polski ratującej Żydów. I jak z symbolami bywa – sporo w tej historii uproszczeń i mitów, które Bikont cierpliwie demistyfikuje. Dzieci wcale nie było 2,5 tys., a Sendlerowa i jej współpracownicy działali w osamotnieniu, nie mogąc liczyć na znaczną pomoc kogokolwiek, Polskie Państwo Podziemne wliczając. Bikont z szacunkiem i wyrozumiałością obala też mity, które Sendlerowa sama tworzyła wokół siebie.
Świetnie skonstruowana i zajmująco napisana opowieść o skandalu, który wstrząsnął Holandią. Historia dawcy nasienia, który został ojcem około ¬dwustu dzieci. Bałuk zadaje ważne pytania o naturę relacji rodzinnych w dobie gwałtownego postępu medycyny, a przy okazji bawi się swoimi czytelnikami – podpuszcza do negatywnej oceny bohaterów, po czym prezentuje ich historie z nieoczekiwanej perspektywy. Dzięki temu jego debiutancka książka to też pożyteczna lekcja powściągliwości w łatwych osądach.
Odważny reportaż historyczny o obozach pracy przymusowej działających w Polsce w pierwszych latach po II wojnie światowej. Zostawione przez Niemców obozy znów działały, tylko pod polskim kierownictwem. Znaleźli się w nich niemieccy jeńcy, volksdeutsche, Ukraińcy, żołnierze podziemia i inni polityczni więźniowie komunistów. Łuszczyna dotarł nie tylko do dokumentów, ale też do żywych bohaterów, którzy opowiedzieli mu swoje historie. Pedagogika wstydu – powiedzą niektórzy, ale to nie sprawi, że te obozy znikną z historii.
Zbiór reportaży o współczesnej Szwecji, w którym na pierwszy plan wysuwają się tematy związane z polityką migracyjną. Tubylewicz oferuje spojrzenie uczciwe i humanistyczne jednocześnie. Jej bohaterowie już zdjęli różowe okulary, ale wciąż trzymają się „szwedzkich” wartości, takich jak solidarność, równość i odpowiedzialność za słabszych. Brakuje takich książek – o tym, jak gościnne kraje radzą sobie z gośćmi. Najłatwiej jest pomagać innym, gdy widzimy w nich anioły lub ofiary. Co zrobić, gdy okazują się po prostu ludźmi? To pytanie, które stawiają „Moraliści”. ©
źródło: https://www.tygodnikpowszechny.pl/raport-o-stanie-reportazu-151304
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.12.05 19:39 ben13022 Niewidzialna ręka, czyli o potrzebie redaktora w wydawnictwach literackich.

Max Perkins, który odkrył m.in. Hemingwaya i Scotta Fitzgeralda, twierdził, że redaktor powinien być anonimowy. Sam jednak był postacią na tyle barwną, że stał się bohaterem powieści „Geniusz” Andrew Scotta Berga (w Polsce ukazała się tej wiosny w przekładzie Jakuba Jedlińskiego). Na podstawie powieści w zeszłym roku powstał słynny film Michaela Grandage’a, w którym w jego postać wcielił się Colin Firth, a Jude Law zagrał pisarza Thomasa Wolfe’a.
Perkins był dla Wolfe’a kimś więcej niż redaktor – uwierzył w niego, wspierał, a nawet zastępował ojca. Aż do czasu, kiedy pisarz go zdradził jak niewierny kochanek, bo wydawało mu się (niesłusznie), że da sobie radę bez niego. Inne związki Perkinsa z pisarzami też bywały bliskie – Scott Fitzgerald miał nieustające blokady twórcze i nie mógł skończyć kolejnych książek. Prosił więc ciągle Perkinsa o nowe zaliczki akonto przyszłych sukcesów wydawniczych, które nigdy nie następowały. Pisarz przez całe życie nie mógł wydobyć się ze spirali długów. Perkins służył też jako rozjemca i pośrednik w burzliwych relacjach Hemingwaya z Fitzgeraldem. Bywał psychoterapeutą i doradcą życiowym, a przede wszystkim uważnym czytelnikiem. Nie był wcale językowym purystą, przeciwnie, sam popełniał błędy ortograficzne i nie miał nawet umiejętności szybkiego czytania. Potrafił za to wyszukiwać talenty, uwierzyć w takich pisarzy, którzy rewolucjonizowali literaturę – i Hemingway, i Scott Fitzgerald wywoływali zgorszenie swoim sposobem pisania.
Perkins cały czas podkreślał też służebną rolę redaktora, mówiąc, że „książka należy do autora”. Jednak ówczesna krytyka zarzucała Wolfe’owi, że jego talent to tak naprawdę efekt taśmy montażowej redaktora. – Redaktor nie może stworzyć książki – mówi Dariusz Sośnicki, redaktor naczelny Ossolineum, który długo pracował w Wydawnictwie W.A.B. – Jeśli to robi, przestaje być redaktorem. Czasem wydawcy bardzo zależy na publikacji jakiegoś tytułu z powodów, nazwijmy to tak, pozaliterackich. Wówczas prosi redaktora, by ten przestał być sobą i stał się ghost writerem. Jeśli redaktor wierzy w literaturę, nie powinien się zgadzać.
Redaktor nie może całkiem stworzyć autora, ale i dziś często widać, kiedy redaktor znika – wtedy, gdy ceniony, nagradzany autor nagle, na przykład po zmianie wydawnictwa, obniża loty. W powieści „Geniusz” o redaktorze paradoksalnie zabrakło dobrej redakcji, skoro czytamy, że fryzura „nadała jej nowego wyglądu”. Brak redaktora z nożyczkami poznać można często po mankamentach kompozycji i nadmiernej długości niektórych książek. Redakcja często ogranicza się do poprawienia przecinków. I sami autorzy bywają tą biernością zaniepokojeni.
„Wiem, co znaczy zła redakcja, bo pracowałem kiedyś z panią, która, na przykład, skreślała słowo »postaw« (materiału) i pisała »postawa«, ale wiem również, co znaczy redakcja znakomita – pisał Jacek Dehnel w felietonie w POLITYCE. – Kiedyś w rozmowie z tłumaczami o świetnych redaktorach rzuciłem: »Szkoda, że nie ma za redakcję nagrody literackiej...«, na co jedna z tłumaczek od razu powiedziała: »E, i tak parę lat z rzędu tę nagrodę musiałaby dostać Marianna Sokołowska«. Kiedy pierwszy raz dostałem książkę zredagowaną jej ołówkiem, chciałem ze wstydu zapaść się pod ziemię, a pani Marianna powiedziała mi tylko, oddając kompletnie pokreślone strony: »Ależ to bardzo czysty maszynopis! Pan nawet nie wie, co ludzie przynoszą do wydawnictwa. Ja to nazywam książkami w reklamówce: jest materiał, a dopiero redaktor z materiału robi książkę«”. Marianna Sokołowska przez lata pracowała w PIW, była redaktorką m.in. Mirona Białoszewskiego i Marka Nowakowskiego. Pracowała też z Michałem Witkowskim i wieloma współczesnymi pisarzami, również debiutantami, bo ważne jest dla niej przyglądanie się nowej literaturze. Podobnie jak Perkins podkreśla, że najważniejsze w tej pracy jest podążanie za autorem: – Są tacy redaktorzy, którzy poprawiają dla samego poprawiania, bo uważają, że wiedzą lepiej. Tymczasem trzeba być adwokatem autora, zrozumieć najpierw, dlaczego książka została napisana w taki sposób. Jeśli autor nie jest zadowolony – trzeba się wycofać, autor wie lepiej!
Zła redakcja kole w oczy nie tylko przy fikcji, powieściach, ale i przy literaturze faktu. Na redaktorze książki reporterskiej ciąży jeszcze obowiązek sprawdzenia faktów. Z tym w Polsce bywa różnie, czego pokłosiem są ostatnie dyskusje o prawdzie w reportażu. – Człowiek piszący bez redaktora byłby jak cymbał brzmiący – mówi Magdalena Grzebałkowska. – Chodzi o to, że dobry redaktor to połowa sukcesu reportera. Ale, broń Boże, nie chodzi mi o toksyczny związek, gdy redaktor tak naprawdę jest ghost writerem piszącego. A to jest, niestety, nagminne w Polsce. Grzebałkowska miała szczęście do świetnych redaktorów. Od początku, od pracy w lokalnym dzienniku. Potem trafiła do „Gazety Wyborczej” pod skrzydła Małgorzaty Szejnert. – Było z nią ciężko, ale to tak, jak gdybym trafiła do klasztoru Shaolin. Nauczyłam się od niej 99 proc. rzeczy, które dziś umiem.
Teraz Grzebałkowska pracuje z Danielem Lisem ze Znaku: – Ja lubię przegadywać temat, dzielić się tym, co znalazłam, więc wiszę na telefonie i smęcę Liskowi godzinami o tym, co (aktualnie) powiedział kolega Komedy w 1956 r. I to jest cudowny przyjaciel z tego mojego redaktora, bo wszystkiego słucha cierpliwie i sprawia wrażenie, że jest tym zainteresowany. A przecież słuchanie o tym, jak autorzy zbierają materiały, jest średnio ciekawe, bądźmy szczerzy.
Dziś redaktor nie jest już kimś, kogo da się naciągnąć na zaliczki. Irena Szymańska wspominała telegramy od Broniewskiego: „zgrałem się w kasynie, przyślijcie zaliczkę na cokolwiek”. Jeśli przejrzymy korespondencję z Giedroyciem, czyli Redaktorem – kwestia pieniędzy bywała na przykład w listach Gombrowicza pierwszoplanowa. Oczywiście ten Redaktor był kimś innym niż „niewidzialny” redaktor wydawniczy. Był zarazem wydawcą książek i redaktorem naczelnym niezwykle ważnej „Kultury” paryskiej, miał swoje gusta i swoją wizję historii i literatury, ale też prowadził z autorami zwykłą korespondencję wydawniczą. I czasem nieustające molestowanie o pieniądze przez Gombrowicza potrafiło go wyprowadzić z równowagi.
Po jednym z takich listów, na granicy zerwania kontaktów, Gombrowicz złośliwie odpowiedział: „Ubawił mnie Twój list ostatni, mocno rozsierdzony i nawet, powiedziałbym, mniej uprzejmy, niżby to wypadało Twemu drzewu genealogicznemu. Proponowałbym, abyś opamiętał się i odindyczył. Nie doszliśmy do porozumienia, ale to jeszcze nie powód do uraz i obraz w sarmackim stylu. Więcej Europy. Moje pióro jest zresztą zawsze do Twojej dyspozycji pod warunkiem, rzecz jasna, iż zechcesz na przyszłość bardziej szanować jego płody. Ale jeśli Ci to nie odpowiada, to i tak nie widzę powodu do obraz i uroczystych zerwań. W ciągu tych lat powziąłem do Ciebie sporo sympatii, w niejednym mi dopomogłeś, więc rzeczywiście byłoby mi przykro, gdyby nasze osobiste stosunki miały się zmienić”.
Inną kwestią, która od zawsze zajmowała w korespondencji z autorami sporo miejsca, były wulgaryzmy. Hłasko nie godził się na wykreślanie słów, a tym bardziej zastępowanie ich trzema kropkami. Pisał do Giedroycia: „Kropkowanie słów – mój Boże (...). Można rzeczywiście skreślić słowo »pizda«, bo to nieładnie – ale to tylko robię, żeby nie obrazić naszej kochanej Zosi. (…) Mnie drażnią takie rzeczy, że na przykład amerykański pisarz może sobie na wszystko pozwolić, a polski – nie. Weźmy np. »From Here to Eternity« [„Stąd do wieczności” Jamesa Jonesa]. Książka o wojsku; wszystko jest: zdania »ja cię pierdolę«, »kutas«, wszystko. Zresztą w polskim przekładzie też, bardzo wiernie. Ja naprawdę nie nadużywam tych słów”.
Pilch opowiadał kiedyś w POLITYCE o tym, jak redaktorem jego książki „Inne rozkosze” został Ryszard Krynicki. „To była bardzo wczesna książka i ja byłem onieśmielony i zawstydzony: wielki poeta zajmuje się rzeczą początkującego prozaika. Podporządkowałem się jego sugestiom. Pamiętam, że użyłem słowa »jebać«. A że używam wulgaryzmów tylko w życiu – w literaturze ich unikam – zacząłem się zastanawiać, czy by tego słowa jakoś nie zastąpić. Na przykład »poznawać« w sensie biblijnym. Dzwonię do Krynickiego i mówię: »Ryszardzie, może by wykluczyć słowo jebać«, a on mi na to: »Wiesz, Jurku, to było jedyne słowo, przy którym się zawahałem«”.
W Polsce po przełomie, w gospodarce rynkowej, rola redaktora w wydawnictwie zmalała. Sam proces wydawniczy się skrócił – tak by dało się publikować jak najwięcej tytułów. Różnica jest taka – jak wspomina Sokołowska – że kiedyś w PIW było 51 redaktorów i 12 redakcji. Teraz jest jeden, dwóch redaktorów. Nie ma już redaktorów wydawniczych, są prowadzący, którzy jak zawiadowcy stacji przyjmują i odsyłają. Najważniejsze, by było w terminie.
Kiedyś w tym zawodzie się terminowało: najpierw przychodziło się do korekty. Redaktorzy przyglądali się kandydatom. Ważny był zespół i wspólne omawianie tekstów. – Wygląda na to, że gospodarka socjalistyczna, ze swym ukrytym bezrobociem, sprzyjała rozkwitowi sztuki redaktorskiej. Redaktorzy na etacie nie tylko mieli więcej czasu na pracę, ale także tworzyli warsztaty, w których umiejętności nabywało się, terminując przez lata u lepszych, a przynajmniej bardziej doświadczonych – dodaje Dariusz Sośnicki.
Dziś, skoro trzeba wydać szybko, wydawca nie daje już redaktorowi tyle swobody, nie staje też po jego stronie. Wtedy redakcja musi się ograniczyć do szybkich poprawek ortografii. I stąd chyba taki zalew książek bez redakcji. – Efekt pracy grafika widoczny jest gołym okiem, nawet typografa stosunkowo łatwo docenić, ale o redaktorze na podstawie jednej książki nie możemy powiedzieć prawie nic, chyba że kompletnie zawiedzie. Styl pracy nad tekstem uwidacznia się dopiero po kilku tytułach, szkoły redagowania tworzą się przez lata. W wydawnictwach zarządzanych przez menedżerów redaktor ma małe szanse na uznanie, nikt się nie będzie z nim liczył – mówi Sośnicki. W wydawnictwach skurczyły się redakcje, za to rozrosły działy promocji. Każda niemal książka jest promowana jako wydarzenie literackie, tymczasem takie zachwyty zwłaszcza młodym autorom, jak mówi Marianna Sokołowska, przewracają w głowie: – Lansuje się coś jako arcydzieło, a potem jest tylko gorzej.
W czasach Perkinsa dobra redakcja mogła sprawić, że książka stawała się bestsellerem. Dziś paradoksalnie rozmaite polskie bestsellery sprawiają wrażenie niezredagowanych. Taka bywa siła promocji i wizerunku autora. Chociaż i wcześniej bywało, że wydawnictwa nie do końca wierzyły w opinie fachowców. Bardzo się na przykład obawiano o losy „Po tej stronie raju” Francisa Scotta Fitzgeralda. Wydawcę przekonał dopiero eksperyment. Pewien redaktor z tego wydawnictwa „zwykł zabierać książki do domu, żeby dać je do przeczytania siostrze erudytce. Uważano, że jest nieomylna, i rzeczywiście – wiele pozycji, które odrzuciła, odniosło sukces i wspaniale się sprzedawało. Koledzy w wydawnictwie, wiedząc, że Burlingame zabrał książkę do domu na weekend, z niecierpliwością czekali na niego w poniedziałek rano. Kiedy przyszedł do pracy, chórem zapytali: „Co powiedziała twoja siostra?”. „Podniosła ją szczypcami do drewna – odparł – bo po przeczytaniu nie chciała jej więcej dotykać, i wrzuciła do ognia”. I książka rzeczywiście okazała się sukcesem.
Wydawnictwa oszczędzają na redaktorach, stawki są tak niskie, że trudno się w tym zawodzie utrzymać. – Znalezienie dobrego redaktora „beletrystycznego” graniczy dziś z cudem – mówi Sośnicki. – Jeśli się traktuje tę pracę poważnie, utrzymanie się z redagowania książek jest po prostu niemożliwe. Dziś większość redaktorów to samoucy i wolni strzelcy.
Cierpią na tym literatura i sami autorzy, którzy potrzebują współpracy z redaktorem i jego dogłębnej lektury. A także wydawcy, bo każda niezredagowana książka w oczach czytelników obniża prestiż wydawnictwa. Warto posłuchać Perkinsa, który traktował literaturę jako sprawę życia i śmierci i mówił, że „nie może być nic ważniejszego niż książka”. Czas, żeby polscy wydawcy to wreszcie zrozumieli.
źródło: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1704670,1,ksiazka-potrzebuje-redaktora.read
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.01.08 18:44 SoleWanderer Wyborcza.pl - Wywiad ze Stefanem Niesiołowskim

Pani chce, żebym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, a ja chcę zapomnieć, że go znałem - Stefan Niesiołowski mówi w rozmowie z Donatą Subbotko. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej DONATA SUBBOTKO: Pan profesor poluje? STEFAN NIESIOŁOWSKI: W życiu muchy nie zabiłem.
Na ścianie wisi pana zdjęcie z jakimś trofeum. – Z kaczką. Pozowane, aluzja do Kaczyńskiego. Ale że muchy nie zabiłem, to nieprawda. Zabiłem do badań naukowych.
A prezes powiedział kiedyś, że ma pan świetny życiorys. – Chyba dawno temu?
Potem mówił, że pan się stoczył. – Stacza to się pijak albo przestępca. Dla Kaczyńskiego każdy, kto go nie popiera, jest głupi albo podły.
Niesamowite wystąpienie Stefana Niesiołowskiego [WIDEO]
Może i pan powie o nim coś dobrego? – Nie chcę mówić o nim nic dobrego. Dlaczego?
Przyjaźniliście się. – Jakie to ma znaczenie? On się zmienił. Szkodzi Polsce. Nie powiem, że się stoczył. Po prostu wprowadza w Polsce dyktaturę. Jak Erdogan w Turcji, Łukaszenka na Białorusi, Putin w Rosji.
Moglibyśmy zadać kłam opinii, że pan zieje nienawiścią. – A co mnie obchodzą takie opinie? Pani czytała, co o mnie piszą, jak pokazują? W kaszkiecie NKWD. Albo między Berią, Stalinem, Hitlerem i Tuskiem. Niesiołowski oszalał! Do psychiatryka go! Wampir, morderca, czekista! Zbieram sobie co lepsze wycinki. Całe pudełko mam.
Musi być ogromne. – I oni mają prawo mówić, że zieję nienawiścią? Pani się na to łapie?
Pytam. – Ale tak pani mówi, jakby cień racji w tym był. Proszę przynieść „Gazetę Polską” i porozmawiamy. Pani chce, żebym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, a ja chcę zapomnieć, że go znałem.
Wszyscy, wrogowie Kaczyńskiego
(TELEFON)
– Co? Nie, no, walka jest o Polskę, o wszystko. To rak. Rak, który ma kolejne przerzuty. Co? Nie, nie można się załamywać. Polska przeszła zabory, okupację... Nie przesadzaj, przez jednego kurdupla nie przeżyjemy? No, jest to nieprzyjemne, też się czuję upokorzony... Tę wolność straciliśmy tak łatwo... No trudno, walka trwa, przyjacielu. Musimy iść do parku, poczekamy na wiosnę... Tak, tym razem w gumofilcach.)
To pan profesor jeszcze zbiera owady? – Niedawno motyle hodowałem, dla wnuczki. Zosia ma sześć lat. Kiedy się wykluły, mówi: „Było jajko, gąsienica, z gąsienicy poczwarka, a z poczwarki motyl – i to jest, dziadku, rozwój”.
Bierze pani np. gąsienicę rusałki z liści pokrzywy, trzyma ją w słoiku, po dwóch tygodniach powstaje z tego poczwarka, która pewnego ranka pęka. Najpierw widać czułki, głowę i następuje ten piękny moment, kiedy z poczwarki wychodzi motyl. Siada zmęczony, ze zwiniętymi skrzydłami. Po pół godzinie zaczyna je pompować. Wykonuje rytmiczne ruchy odwłokiem, skrzydła sztywnieją i po dwóch, trzech godzinach motyl jest gotowy do lotu.
Stefan Niesiołowski: Ten świat należy bardziej do owadów, niż do nas
Muchówki poszły w odstawkę? – Nie. Ciągle bardzo mi się podobają, chociaż dla ludzi są wstrętnymi robalami. Zajmowałem się wodnymi owadami. Prace magisterską i doktorską pisałem z meszek, habilitacyjną z muchówek Empididae (wujkowatych), które w Polsce były mało znane. Odkryłem około 20 gatunków, ale jak na grupę niezbadaną, to niedużo. Niektórym nadawałem nazwiska kolegów – w rewanżu. Mój kolega Andrzej Woźnica odkrył w muzeum pod Himalajami nowy gatunek muchówki z rodzaju Suillia , którą nazwał „niesiolowski”. Niemiecki badacz Rüdiger Wagner badał muchówki Psychodidae , po polsku ćmiankowate, i też zrobił mi niespodziankę, nazywając jedną Mormia niesiolowskii .
I jakie one są, te pana imienniczki? – Piękne.
Proszę sobie obejrzeć muchę pod mikroskopem stereoskopowym, powiększoną do wielkości filiżanki, kiedy widać strukturę muchy, pokrywającą ją chitynę, te czułki, włoski, żyłki. A gdy jedną z komórek powiększyć do wielkości tego pokoju, zobaczymy fabrykę, a w niej skomplikowane urządzenia. Tu coś przelatuje, tam się trzęsie, przędzie, nawija, kręci. Przy czym mucha ma takich komórek miliardy. Są tacy, którzy twierdzą, że biologia jest dowodem na to, że Pana Boga nie ma. Dla mnie – wręcz przeciwnie.
Mucha dowodem na istnienie Boga? – Życie w ogóle. Ta nieprawdopodobna komplikacja i celowość, przekazywanie genów. Teoria ewolucji to opisuje, ale nie daje odpowiedzi na pytanie, kto dał początek. Z tego względu trzeba szanować wszystko, co żyje. Nawet muchę.
A mucha ma duszę? – Nie. To znaczy: trudno powiedzieć. Dusza jest atrybutem, przynajmniej za taką uchodzi, boskiego dziedzictwa człowieka. Mucha nie ma boskiego dziedzictwa.
Skąd pan wie? – Nie wiem. Może stąd, że nie ma zachowań muchy, które dałyby się porównać do aktów wyższego rzędu. Chociaż w przyrodzie zdarzają się akty poświęcenia, np. instynktowne u ptaków. A słonie mają rytuał pogrzebowy podobny do naszego. Psy i koty też mają rodzaj więzi... No, ale duszą tego nazwać nie można. Bo co by się z tą duszą działo? Jaki w tym sens?
Musi być? – Wszystko chyba ma sens? Dusza zostaje po człowieku, a co niby te dusze po zwierzętach miałyby robić?
Inna sprawa, że mucha żyje na ziemi od milionów lat niezmieniona, są owady zatopione w bursztynie sprzed 40 mln lat, tymczasem Homo sapiens istnieje ledwie 150 tys. lat. Brytyjski geniusz Stephen Hawking wywróżył, że człowiek będzie żył jeszcze tylko tysiąc lat. A owady będą zawsze, chyba że meteoryt w nas uderzy.
Czyli jesteśmy tutaj gośćmi? Biblia mówi, że człowiek ma panować nad światem przyrody. – Gość też może panować, hitlerowcy przyszli do Polski i przez pięć lat panowali. W tym sensie panujemy, że żadne zwierzę nie jest w stanie nam zagrozić, chociaż jesteśmy bezradni wobec np. szczurów, karaluchów, kleszczy, pasożytów, tasiemców, glist, a także bakterii i wirusów. Są teorie, że na ziemi panują bakterie, ale przecież one nic nie tworzą. I jak wytłumaczyć fakt, że człowiek jako gatunek oddzielił się od pozostałych zwierząt i stworzył filozofię, kulturę, teologię, moralność? Choć pod względem fizycznym jesteśmy prawie nieodróżnialni, mamy 99 procent genów takich jak małpa, to jednak człowiek chodzi do zoo i patrzy na małpy, a nie odwrotnie.
To dowód na naszą przewagę? – Historia ludzkości to historia nie tylko przemocy, ale także pomocy i miłosierdzia. Świat to cudowna całość.
I jeden wielki łańcuch pokarmowy? – Duże fragmenty tego łańcucha nie są złe, miliony zwierząt jedzą rośliny. Nie oceniałbym tego w kategoriach dobra i zła.
Co, mieć do Pana Boga pretensje, że stworzył świat pełen agresji? No, to jest odwieczne pytanie, dlaczego – skoro Bóg jest dobry – jest tyle zła. Nie ma odpowiedzi.
Pytam, bo w polityce od lat pan się deklaruje jako katolik i obrońca wartości chrześcijańskich. – Proszę mnie nie łączyć z tym, co się dzisiaj dzieje z polskim Kościołem, który służy kłamstwu. Księża kłamią, o Smoleńsku na przykład. Udają, że nie dostrzegają ONR, nienawiści, a Duda jest dla nich zesłany przez Boga. Jeżeli kiedykolwiek mówiłem o Bogu, to na pewno nie o Bogu księdza Rydzyka i biskupa Depy.
Polski Kościół to Radio Maryja
No, ale był czas, że Kościół otwarty też panu średnio pasował, jako ten, który prowadzi do dechrystianizacji Polski. – Nie, to Kaczyński mówił kiedyś, że ZChN jest krokiem do dechrystianizacji Polski.
Pisał pan tak na początku lat 90. Różne rzeczy pan wtedy wygadywał. – Jakie? Wątpię, żebym coś kiedyś miał przeciwko Kościołowi otwartemu, to byłoby głupie. Niech pani poda jeszcze jakiś przykład.
Który? O lustracji, aborcji, Unii Demokratycznej, Adamie Michniku, Unii Europejskiej...? – Ja byłem przeciwny Unii Europejskiej? W życiu.
Mówił pan, że zagraża naszej tożsamości narodowej. – Nie było takiej wypowiedzi. Przeciwko Unii – nigdy.
I że katolicy będą prześladowani w Unii bardziej niż za komuny. – No, to może mówiłem, że trzeba uważać, ale nie żeby nie wstępować do Unii. Reprezentowałem w ZChN odłam liberalny. Macierewicz był ze mną w tym nurcie.
Aha. I nie chciał pan całkowitego zakazu aborcji? – Nigdy w życiu. Broniłem kompromisu aborcyjnego, byłem jednym z jego autorów. Jestem w polityce od 50 lat. Zasadnicza treść moich poglądów jest taka, jak była.
A poglądy na temat homoseksualistów – że to zboczeńcy? – Już bym tak nie powiedział, to obelżywe. Tak jak słowo „pederasta”, które w PRL normalnie funkcjonowało. Nawet u Fredry jest w znanym mi z więzienia wierszyku „Że nie udał się niewiastom,/ Dawał d... pederastom”.
Fakty są takie, że był pan narodowym radykałem, a... –...narodowym nie.
...a dzisiaj jest pan liberalnym demokratą, europejskim. – Tak, zawsze byłem.
Co to jest liberalizm w takim razie? – Byłem liberałem gospodarczym, natomiast w innych sprawach...
Tak, niektórzy z nas byli przeciwko Unii Europejskiej. Proszę mi nie przypisywać poglądów tej grupy, która ze mną w ZChN walczyła. Oni byli za całkowitym zakazem aborcji, Marek Jurek do dziś pozostał. Z trudem się mieściłem w tej formule, z trudem. Moje poglądy były i są konserwatywne obyczajowo, liberalne gospodarczo, prozachodnie.
Może mówi pan to, co prezentuje partia, do której pan należy? – Kłamstwo. Od lat prowadzę w Polsce wojnę o demokrację z przeróżnymi ludźmi – czy to KPN, czy to lewica. Konflikt kończę, gdy zagrożenie znika. Z Moczulskim mam świetne stosunki, na pogrzebie Oleksego byłem. PiS-owcy używają lustracji do walki politycznej, sięgają do rodzin, przodków. Obrzydliwe. Pytają, dlaczego nie walczę z komunizmem. Z kim walczyć? Mam nagrobek Oleksego zniszczyć? Dzisiaj lewica nie zagraża demokracji, w tym sensie lustracja jest zamknięta.
Józef Oleksy. Dobry komuch
A przed PiS-em ostrzegałem. Co o mnie mówiono? Że Niesiołowski za ostry. To teraz widzą, czy za ostry.
Że się zmieniam, to nie jest dla mnie zarzut. Mnie się kiedyś wydawało, że Kościół nie może szkodzić Polsce, teraz widzę, że szkodzi. Wydawało mi się, że kwestia demokracji jest rozstrzygnięta, a naród, który przeszedł komunizm, nie wróci do dyktatury – ale wrócił. I to jest dla mnie klęska – że nie potrafiłem obronić demokracji, że Polska stała się dyktaturą, a Kościół jest jej wspornikiem.
I nie jest pan już endekiem? – Nigdy tak o sobie nie mówiłem.
„Ja, stary endek”... – Żartowałem. Za starego się uważam, za endeka nie. Byłem wychowany w tradycji piłsudczykowskiej.
Myślałam, że w nacjonalistycznej. Pierwsze wspomnienie? – Na łące w Olechowie. Urodziłem się na wsi pod Łodzią, w Kałęczewie, w domu rodziny mojej mamy. Byłem tam tylko z rok i nic nie pamiętam. Mój brat Marek odzyskał ten dom i gdy chodzimy tam razem po ogrodzie, to czuję się tak dobrze jak nigdzie na świecie. Później przeprowadziliśmy się do Olechowa, dzisiaj to dzielnica Łodzi, bloki stoją, a ja pamiętam rzekę, łąkę, wiśnie. I krowę. Tata był inżynierem rolnikiem, pracował w Łodzi, ale mieliśmy trochę ziemi i rodzice kupili krowę, kury były.
A przedtem? – Mamy to ustalone do roku 1617, kiedy żył Franciszek Niesiołowski. Jesteśmy herbu Korzbok, trzy ryby. Chyba u Długosza rokowania z Krzyżakami w imieniu Jagiełly prowadził niejaki Piotr Korzbok. Wiadomo, że pochodzimy z Nowogródczyzny. Jest w „Panu Tadeuszu” o Józefie Niesiołowskim, wojewodzie nowogrodzkim: „Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary/ Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary,/ I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,/ I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim,/ A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze,/ Nikt go na polowanie uprosić nie może”. Widzi pani, ja dokładnie cytuję.
Rodzina ze strony mamy przyszła z Niemiec. Dziadek mojego dziadka Bronka w XVIII w. przyjechał do Łęczycy, gdzie jest pochowany. Schwan się nazywał, łabędź, dlatego zmienił się na Łabędzki. Chyba tkaczem był. Czyli ja Niemiec trochę jestem.
Żeby było zabawniej, Łabędzcy to radykalni polscy nacjonaliści. – Tak. Brat mamy, mój ojciec chrzestny Tadeusz Łabędzki, czyli ten Schwan właściwie, był przed wojną przywódcą Młodzieży Wszechpolskiej. Wujek Tadek oddał życie za Polskę, zamęczony w UB na Koszykowej.
„Żołnierz wyklęty”? – Tak, ale nie lubię tej głupiej nazwy. Niezłomny, jeśli już. Bo kto go wyklął? Zapowietrzony był, trędowaty? Wyklęty to jak przeklęty. Walczył z komunizmem i został zamęczony w śledztwie. Niemiec z pochodzenia, który oddał życie za Polskę. Taka ironia.
Żołnierze wyklęci, żołnierze przeklęci. Czyim bohaterem jest Romuald Rajs "Bury"?
Zwłaszcza że w czasie wojny był przywódcą MW i naczelnym „Wszechpolaka”. – Cała rodzina mamy była endecka. Ale to nie byli tacy durnie jak dzisiejsze ONR.
Zapał do czyszczenia Polski z Żydów mieli chyba większy? – Ale gdy się czyta ich pisma, poziom intelektualny był wyższy, to była partia profesorów.
Czy to nie gorzej? – Nie można sprowadzać endecji do getta ławkowego, rozbijania żydowskich straganów itd. Rzeczywiście, był wśród nich antysemicki motłoch, ale obok była i elita endecka, profesorowie. Wujek Tadek nie był tak radykalny, Młodzież Wszechpolska to nie był ONR Falanga Piaseckiego, który zajmował się burdami i biciem Żydów.
Przeglądał pan przedwojennego „Wszechpolaka”? – Powojennego, walczyli z komunizmem. Przedwojenne numery też niektóre mam...
I co? – No, Jędrzej Giertych tam pisał, dziadek Romana...
Tak, antysemityzm też był. Nie jest to chwalebny rozdział, ale nie da się endecji do tego sprowadzić.
Pan profesor już się denerwuje? – Ale o co chodzi? Nacjonalizm jest wypaczeniem, jeśli wiąże się z pogardą dla innych narodów, a u nas niestety tak się kojarzy – z żulami używającymi hitlerowskich symboli, bijącymi cudzoziemca za to, że ma inną skórę. Nie można ich stawiać u boku wujka Tadka, którego zakatowało UB. Dzisiejsi narodowcy natychmiast by czmychnęli w takiej sytuacji. Oni to mogą sobie pobić jakiegoś Bogu ducha winnego Murzyna na ulicy czy Hindusa, który pizzę roznosi. „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści!” – krzyczą. Nie ma w Polsce syjonistów, czyli Żydów będą wyszukiwać i wieszać, tak? Sam dostaję listy: „Ty żydowska świnio, Aaronie Nusselbaum...”. To hołota, natomiast tamci pięknie zdali lekcję z patriotyzmu.
Oczywiście, próbuję tylko zrozumieć, skąd u pana te skrajne poglądy narodowo-katolickie na początku lat 90., czy to przez ten kult wujka... – Nie było żadnego kultu. Mało się o wujku mówiło, bo mama zaczynała płakać. Do 1956 rodzina myślała, że jest może na Syberii, aż przyszło pismo, że zmarł w śledztwie w 1946. W wolnej Polsce ustaliłem, że zakatowali go Humer i Różański, do procesu Humera doprowadziłem. Ale kultu nie było. Tylko nad łóżkiem mamy wisiały dwa portrety – mojego taty i wujka Tadka.
Jeśli mówić, że mój dom był narodowo-katolicki, to mogę się na to zgodzić, ale nie miało to nic wspólnego z twierdzeniem, że trzeba mordować mniejszości czy narzucać komuś wiarę. Teraz powoli Polska przestaje być katolicka dzięki PiS-owi. W tym sensie można powiedzieć, że walcząc z PiS-em, walczę o katolicką Polskę, chociaż to nie jest główny motyw tej walki.
Pan by wolał, żeby była jednolicie katolicka? – Byłoby dobrze. Wychowałem się w takiej tradycji i byłoby mi przykro, gdybym doczekał Polski, w której kościoły będą pozamieniane na muzea. Ale myśmy się w domu zatrzymywali przed granicą, którą była krzywda drugiego człowieka i łamanie demokracji. A dzisiaj to jest istotą ruchów narodowych, więc one nie mają prawa się powoływać na Kościół, religia chrześcijańska to religia miłości.
Dziadek i wujek Łabędzcy walczyli o wolną Polskę. Tata też – w 1920 z bolszewikami pod Warszawą, a w II wojnie był dowódcą kampanii AK pod Łodzią, pseudonim „Kurzawa”. Po wojnie wzywany na UB, nie robił kariery, bieda w domu była.
Pamiętam opowieści dziadka Bronka o Syberii – o przyrodzie głównie, na politykę byłem za mały. Mówił, że jak wrony siadają na czubkach drzew, to idzie mróz. W 1905, kiedy był nauczycielem, wywieźli go na Syberię za wywołanie strajku szkolnego w Łęczycy. Lubił opowiadać o tej podróży. Tak się interesował światem, że chciał jechać jak najdalej i aż do Czelabińska zajechał. Stamtąd uciekł – z powrotem przez Rosję – do Niemiec i Ameryki, dokąd przyjechała w 1908 r. panna Stefania Jezierska, moja babcia. W styczniu 1919 wsiedli na okręt – babcia w zaawansowanej ciąży – i wrócili do Łęczycy, gdzie 21 stycznia urodziła się moja mama. Potem kupili majątek pod Łodzią w Mrodze. Kiedyś zaszedł do nich mieszkający w okolicy 37-letni pan Janusz Myszkiewicz-Niesiołowski i poznał 20-letnią pannę Halinkę. Pobrali się w 1940. Cztery lata później się urodziłem. Miałem starszą siostrę Ewę i mam młodszego brata Marka. Imię dostałem po bracie dziadka, Stefanie. Barwna postać – wojowniczy, zawadiaka, przebierał się w stroje szlacheckie, jeździł na koniu i się wygłupiał. Rodzice mówili na mnie Stefula.
Był pan pyskaty czy to z wiekiem przyszło? – Najbardziej z naszej trójki. W szkole też mnie wybierali, żebym przemawiał. Potrafiłem się odszczeknąć.
Kiedy zacząłem czytać, zafascynowała mnie książka „Z życia owadów” Jeana Henriego Fabre’a. Zacząłem chodzić do muzeum przyrodniczego, wzięli mnie jako chłopca do segregowania owadów. A w domu hodowałem płoszczyce, topielice, pływaki żółtobrzeżki, larwy ważek, z larw ważki, motyle...
Jakieś inne obowiązki? – Jak każde dziecko: okna umyć na święta, chleb kupić, kapustę. W sklepie ser był tylko biały i żółty, masło niebieskie i czerwone, chleb razowy i pytlowy, bułka z przedziałkiem i kajzerka. Wszystko było proste. Dzisiaj wchodzę do sklepu i jestem bezradny, dostaję szału. Chleb ze śliwką, ze słonecznikiem, z ziarnami, z żurawiną, z makiem, z dynią – po jaką cholerę? Pięćdziesiąt serów – który wybrać? Bym się może zastanowił, czy walczyć z komunizmem, gdybym wiedział, że to mnie doprowadzi do takich dramatów. Te gigantyczne sklepy! Chodzę po tych przestrzeniach i nie umiem niczego znaleźć. Zawsze kupuję źle – patrzę na innych i mam wrażenie, że kupili lepiej, ja nieudolnie, więc wyrzucam, co mam w koszyku, i wrzucam znowu, wzorując się na innych. Przede mną tymi kartami płacą, to się wszystko zacina. Boże, kto to wynalazł?
Pan nie płaci kartą? – Nigdy, nienawidzę tego. A te rachunki jakie są idiotyczne! Jakieś przelewy wymyślili. Gdy przychodził listonosz, źle było? Odliczał, naślinił, a gdy tak odliczał coraz wolniej i wolniej, ja w pewnym momencie mówiłem: „Już dziękuję”. On brał resztę, ściskał mi rękę i podawał ołówek kopiowy, żebym się podpisał. A teraz jakieś absurdalne konto. Komu to potrzebne? Komu tamto przeszkadzało? Że obalałem PRL, to oczywiście dobrze, ale niektóre skutki uboczne zwycięstwa boleśnie odczuwam.
Czyli coś pana łączy z dawnym kolegą Jarkiem. To może teraz jakieś wspomnienie? – Przyjaźniliśmy się, i to z dziesięć lat. Ale jakie to ma znaczenie? Nie warto nim się zajmować, z nim trzeba walczyć.
Myślałam, że jednak obalimy pana opinię pieniacza. – Jeśli ktoś ma o mnie taką opinię, to jego sprawa, ja się nie awanturuję.
Nigdy nie puszczają panu nerwy? – Nigdzie, nigdy. Nie przypominam sobie niczego, co by można nazwać pieniactwem. Ordynarnych słów też nie używam.
Czyli pan ma siebie za człowieka łagodnego? – Raczej tak, chociaż potrafię się zdenerwować i odpowiedzieć. To łagodność przeplatana ostrymi sformułowaniami. Że porównuję ludzi do zwierząt? O nas się mówi: „mordercy, komuniści i złodzieje”. Czym jest przy tym porównanie kogoś do nutrii albo piżmoszczura?
Człowiek ma wspólnych przodków z małpą, widać w nas zwierzęce cechy. W Sejmie też jeden mi przypomina bociana, drugi wieprza, inny jest niedźwiedziowaty, pewna posłanka ma rybią twarz, a taki dość znaczący poseł to szczurolis albo lisoszczur, trwają w tej sprawie spory.
A coś miłego? Tu możemy po nazwisku. – Coś z zaleszczotka świerzbowca ma poseł Tarczyński – ten, co powiedział do Wałęsy: „Zapraszam cię na solo, bydlaku”.
Gdy ktoś na takim poziomie się wymądrza, mówi o patriotyzmie, to uważam, że po to jestem, po to siedziałem w więzieniu, przeczytałem tyle książek, żeby replikować. Chyba więzienie dało mi odwagę, że nie boję się powiedzieć czegoś, co powoduje ryk i protesty ludzi, którzy nie zasługują na to, żeby ich protesty uwzględniać.
Jeszcze raz: coś miłego? – To niech będzie Gasiuk-Pihowicz – ma coś z sikorki.
Nie oddam sejmu bez walki. Rozmowa z Kamilą Gasiuk-Pihowicz
A pan z kogo coś ma? – Jako nietoperz byłem w tej szopce „Polskie zoo”, ale czy ja mam cechy nietoperza?
Może pan profesor spija krew po nocach? – Nawet kaszanki nie tykam. Mięso mi nie smakuje, wolę warzywa i owoce. Jeżyny, wiśnie czarne, zupy, lane kluski i kogiel-mogiel, taki jak mama robiła. Ale mam w swojej kolekcji – tej w pudełku – wycinek z gazety: na ulicy leży jakiś człowiek przejechany, a ja piję jego krew. To jest dopiero nienawiść. PiS używa najgorszych określeń: „gestapo, gorszy sort, zdrajcy”, a gdy ja porównałem Dudę do Maliniaka, rozpętało się piekło. Wielu dziennikarzy przyjmuje narrację PiS. Powiedziałem, że jeśli jeszcze raz porównają nas do komunistów, to będę ich porównywał do nazistów. Mówią, że trzecie pokolenie AK walczy z trzecim pokoleniem UB – czyli ja jestem trzecim pokoleniem UB?
To nie spotyka się z żadnym odzewem, jakby media do tego się przyzwyczaiły. PiS rządzi m.in. przez dziennikarzy. Znaczna część ludzi przyzwoitych okazała się bezradna wobec tej propagandy.
Andrzej Duda, człowiek z mgły
Albo wolą inny styl dyskusji. – I dlatego my możemy być targowica czy gestapo? Mam pretensję do dziennikarzy – o bezradność, płyciznę, brak diagnozy. Dlaczego nie opierają się bredniom o żołnierzach tzw. wyklętych? Dlaczego nie mówią, że Komorowski pierwszy przywrócił pamięć tych ludzi? Jak można przyjmować tezę, że to Lech Kaczyński przypomniał o powstaniu warszawskim? Sam obchodziłem rocznicę powstania w 89 roku, wszystkie kolejne rządy obchodziły. A 11 listopada świętowałem już w komunie. Napis: „Katyń” namalowałem na pomniku przyjaźni polsko-radzieckiej w 1964 czy 1965... A dla „wSieci” i „Gazety Polskiej” to ja jestem właściwie synonim komunizmu.
Kiedy prokurator Piotrowicz krzyczał: „Precz z komuną!”, to pewnie też do pana? – Gdy jeździłem pociągiem do Poronina, planując wysadzenie pomnika Lenina, to ani jego, ani nikogo z PiS nie było na peronie. Kaczyńskiego tam nie widziałem. Przepraszam, może w drugim wagonie jechał. Z Ziobrą, Sakiewiczem, Karnowskim i Gmyzem. Jak słyszę Ziemkiewicza, bohatera antykomunizmu, to mi się niedobrze robi. Gdzie był wtedy? Miał okazję zrobić coś w tamtych czasach, wykazać odwagę, każda tego typu akcja była szalenie niebezpieczna. Nie widziałem też Dudy. To nic, że oni byli za młodzi, ważne, że ich tam nie było. Pokazuję ten absurd. Jak malowałem na pomniku napis „Katyń”, nie było Terleckiego, który by powiedział: „Popilnuję, Kostuś, żeby cię nikt nie złapał, będę ci puszkę z farbą trzymał. A potem przyniosę rozpuszczalnik, bo żeś się ochlapał trochę”.
„Kostuś” mówią do pana tylko ci, którzy znali pana z podziemia. – Kuroń tak mówił, Geremek... Coraz mniej takich. Najbardziej lubię, jak słyszę od Michnika: „Dobrze im powiedziałeś, Ko-ko-kostku”. To mój pseudonim z Ruchu, Andrzej Czuma do dzisiaj tak mówi.
W Ruchu mieliście utopijny wówczas program pełnej niepodległości Polski i spektakularne akcje. Zrzucenie z Rysów tablicy ku czci Lenina to pana pomysł?
– Plany wysadzenia pomnika i podpalenia muzeum Lenina też były moje. Wolałem działać, niż mleć ozorem. Tablica to był łatwy cel. Chociaż teraz co chwila ktoś spada z Rysów. A ja wtedy szedłem w nocy, z latarką.
Dzień po wejściu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. – Musiałem tam wejść, kiedy nikogo nie było, czyli w deszczowy dzień. I późno, a schodzić w nocy, co jest niebezpieczne. Poszedłem z kolegą, tablica była wielkości drzwi, ciężka, odkuliśmy ją od góry, potem się huśtała, huśtała i spadła. Po dłuższej chwili rąbnęła o skały, pewnie do dziś gdzieś leży. Chcieliśmy niszczyć symbole, nie strzelać.
Ale były jakieś małe napady, kradzieże. Skąd ta brawura? – Nie wiem. Teraz bym chyba umarł na serce, gdybym miał iść podpalić muzeum albo kraść. Wtedy brałem od portiera klucz i wynosiłem maszynę do pisania. Myśmy nie używali słowa „kradzież”, tylko „ekspropriacje” – PPS i Piłsudski tak mówili o swoich napadach. Uważaliśmy, że mamy prawo zabierać mienie państwowe. Wydawaliśmy ulotki, pisma i rozwoziliśmy po kraju, chociaż społeczeństwo było raczej bierne, zastraszone, popierało komunistów. A jeśli nie popierało, to nie widziało szansy na zmianę sytuacji. Ja też nie, to wszystko było desperackie.
Rodzice jak reagowali? – Nic nie wiedzieli, tylko że w góry z bratem jeździmy. Dowiedzieli się dopiero, jak esbecy przyszli po nas do domu rano 20 czerwca 1970, czyli dzień przed akcją wysadzenia pomnika i podpalenia muzeum. Potem zobaczyłem rodziców po półtora roku, na procesie. A kiedy przyjeżdżali do Barczewa na widzenia, uspokajałem: wrócę do pracy, nie przejmujcie się. I wróciłem, głównie dzięki mojemu przyjacielowi, dzisiaj profesorowi, Krzysztofowi Jażdżewskiemu.
Kiedy rozmawiałem z ludźmi, którzy wiedzieli, że walczę z komunizmem, mówili: nigdy nie wygrasz, nic się nie da zrobić, Rosja ma armię... Gdy trafiłem do więzienia, uznałem, że mieli rację. Dopiero gdy wyszedłem jesienią 1974 i spotkałem Kuronia, Michnika, Lityńskiego, którzy się organizowali, pomyślałem sobie: Boże, ile byśmy dali, żeby znać takich ludzi, gdy byliśmy w Ruchu. Myśmy wyszli z więzienia do innej Polski. Kiedy nas zamykali, blisko nas nie było nikogo, kto by myślał o walce. To był rodzaj dziwactwa, jakby ktoś walczył z powszechnym ciążeniem. A tu nagle poznałem środowisko wprawdzie różniące się od nas, ale wolnościowe.
Chyba zbyt liberalni byli jak dla pana? – Był potem spór między nami – ROPCiO a KOR-em – o to, że oni nie stawiali na ostro postulatu niepodległości, tylko chcieli stopniowo walczyć o coraz więcej wolności i demokracji. Ale do Kuronia miałem sentyment, prawy człowiek, fascynujący intelektualnie. Miał rację, żeby nie palić komitetów, bo ja jednak chciałem, ale emocjonalny był może nawet bardziej ode mnie. Na moim ślubie był. Mam z tego film, ale nie mogę oglądać, za dużo na nim ludzi, którzy już nie żyją: mama, siostra, tata, rodzina żony, Jacek Kuroń, mecenas Szczuka, z połowa ludzi.
Przyjaciele z KOR-u. Dlaczego teraz się nie lubią? Rozmowa z Ludwiką i Henrykiem Wujcami
Kiedy poznałem Jacka i innych, poczułem, że warto było siedzieć. Zresztą tych młodszych to już widziałem na naszym procesie: Karpińskiego, Michnika...
O więzieniach mało mówię, ten rozdział zamknąłem. Skazali mnie na siedem lat, tak jak Andrzeja Czumę, wyszliśmy po czterech. Początkowo liczyłem się z tym, że może być i wyrok śmierci, takie były czasy. Pierwsze dni po aresztowaniu człowiek jest przestraszony, myśli w kategoriach samobójczych...
Myślałem: Boże kochany, zginę w tym więzieniu. Z wycieńczenia, chorób. Ale po kilku miesiącach już się uspokoiłem. Tylko co robić z czasem? Nad jeziorem kwiaty się zmieniają, w kwietniu drzewa w sadzie są białe, czerwiec to już przekwitają, w lipcu gorąco, jesień... A tu nic się nie zmienia, życia nie ma.
Ale muchy chyba były? – A co one mają robić w więzieniu? Były tylko pluskwy, wszy, karaluchy, a muchówki żadne nie przylatywały – do czego? Szczura pamiętam, jak się pluskał w kiblu, gdy mnie wsadzili do karnej celi dyscyplinarnej.
Z więzienia zostało mi wiele zabawnych opowieści. Pewien więzień twierdził, że był pod Grunwaldem. „A jak to było z tym wielkim mistrzem krzyżackim? – pytam. – Bo na obrazie Matejki to takie zagmatwane: Litwin zamachnął się toporem, Polak mieczem, Kozak dzidą, ale kto naprawdę zabił von Jungingena?”. A on tak się podniósł, spuścił nogę, bo na łóżku leżał, i mówi: „Kostuś, ja w taborach byłem”. Geniusz.
No to jeszcze. – Takie historie to do rana mogę... Prosili mnie, żeby im rysować drapieżne zwierzęta: skorpiona, lwa czy orła, tylko takie tatuowali. Rysowałem na kartce, brał to tzw. dziardziacha, przerysowywał na chusteczkę i przez chusteczkę nakłuwał skórę. Śmieszność polegała na tym, że miałem uznanie jako rozstrzygacz sporów intelektualnych: kiedy skończyła się pierwsza wojna, kiedy druga, a po co jest Jowisz, tego typu. Raz hanysowi ze Śląska tatuowali na łopatce smoka. Wszedł stary recydywista i mówi: „Hanys, nie takie są smoki”. Zrobiła się poruta. Bo co dalej, jak chłop ma już pół łopatki wytatuowane? „Kostuś, jak to jest ze smokami?”. I co im powiedzieć – że w ogóle smoków nie ma? Nie mogę. Co drugi więzień ma smoka, no to jak nie ma? W końcu mówię: „Dzisiaj takich nie ma, ale kiedyś były”. To ich uspokoiło.
Raz mnie posadzili z psychopatą. 25 lat za morderstwo miał. Palił w nocy słomę w sienniku i krzyczał: „Walcz, Zeusie!”. Mogliśmy spłonąć, zanimby przyszli strażnicy. Bałem się zasypiać. Wystawiłem na korytarz miski i rozpocząłem głodówkę. W końcu go zabrali.
Miał pan jakąś literaturę patriotyczną podnoszącą na duchu, coś tego typu? – Coś Wyspiańskiego miałem, Norwida – o tym, że „Jeśli mi Polska ma być anarchiczną,/ Lub socjalizmu rozwinąć pytanie,/ To już ja wolę tę panslawistyczną,/ Co pod Moskalem na wieki zostanie!”. I teksty piosenek, najbardziej Agnieszkę Osiecką lubiłem. Poznałem ją już po wyjściu – kiedy siedziałem, podpisała apel do władz w obronie Ruchu i pojechałem jej podziękować.
Pisała dokładnie tak, jakbyśmy bywali w tych samych miejscach. „Zielono od marzeń – my,/ na kładce i w barze – my./ Do pary, nie w parze,/ bezsenni żeglarze, na całych jeziorach – my”. Pamiętam te kładki, te bary, gdzie były trzy dania na krzyż, ale na Mazurach wszystko smakowało, gdy się miało 20 lat.
Albo piosenka o dziewczynie w niebieskim szaliku: „Lecz myślę czasami o tamtej dziewczynie,/ Jak piła gorące mleko./ I nieraz chciałbym aby tu była/ Może to miałoby sens./ Jak ona śmiesznie to mleko piła/ Gapiąc się na mnie spod rzęs...”. A zaczynało się: „Są małe stacje wielkich kolei,/ Nieznane jak obce imiona,/ Małe stacje wielkich kolei,/ Jakiś napis i lampa zielona”. Mnie to było bliskie, te małe stacje to mój świat, w podziemiu ciągle jeździłem z „Biuletynami”. Ile ja przesiadywałem na dworcach, pijąc cienką herbatę, bo nie miałem pieniędzy, żeby się najeść?
Pan to zna na pamięć? – Osiecką chyba całą. Ona opisała wszystkie moje emocje. Za pomocą paru zdań potrafiła też nakreślić całą Polskę Ludową.
Siedziałem trochę ze szpiegiem, Cichy się nazywał, i on mi tłumaczył zagraniczne piosenki, które puszczali nam przez tzw. betoniarę, głośnik. Podobał mi się zwłaszcza hit „Mamy Blue” po francusku, ale to nie to co Osiecka.
Można pomyśleć, że w tym Barczewie całkiem wesoło było, a to nieprawda. – Wzrok mi się tam pogorszył, dzięki czemu później swoją żonę okulistkę poznałem. Zębów trochę straciłem, ale całe życie chorowałem na zęby, w więzieniu to szczególnie gorzkie doświadczenie. Na samą myśl mam dreszcze. Dentysta to najpotężniejszy mój lęk. Kiedyś wystarczył jeden ruch dentysty, a już wiedziałem, co będzie robił. Dla mnie najcudowniejsze słowa na świecie to: „Matka Ojczyzna” i „fleczer, proszę”. Gdy dentysta prosił o fleczer, wiedziałem, że kończy. Chętnie dłużej porozmawiam o zębach, mam dużą wiedzę na ten temat.
Spotkał pan kiedyś tego, który was wydał? – Tak. Z dziesięć lat temu. Na jakimś spotkaniu w Gdańsku podszedł i się przedstawił.
Jak gdyby nigdy nic? – Nie wiedział, że ja wiem.
I co, rzucił się pan na niego? – Nieee, starszy ode mnie człowiek, normalnie rozmawiał. Dawał do zrozumienia, że niby razem żeśmy walczyli. Wszystkiego mogłem się spodziewać w życiu, ale nie tego, że ten człowiek do mnie podejdzie. A skoro podszedł, mógłby przeprosić. A on, że coś nas łączy, pan nie wie co. Wiedziałem. Poszedłem do organizatora z pytaniem, po co go ściągnął. Dyskretnie. Wyprosił go i więcej nigdy człowieka nie widziałem. Nazwiska nie wymieniam.
Wybaczył pan? – Tak, a co tam. Doniósł na całą naszą organizację, dobrowolnie, za pieniądze – i pojechał za to nad Morze Czarne. Ale nie potrafię długo chować złości. Nie prowadzę żadnych wściekłych wojen. Chrystus wybaczył łotrowi na krzyżu. Nieudolnie próbuję się na tym wzorować. Tak rozumiem chrześcijaństwo.
Polska jest wolna. Po co mam walczyć dzisiaj z komunistami, skoro przestali być groźni? Poza tym nie dlatego z nimi walczyłem, że byli komunistami, tylko dlatego, że szkodzili Polsce. Okrągły Stół to załatwił – oddali władzę pokojowo. Był czas po 1989, że znów z nimi wojowałem, dlatego że próbowali monopolizować władzę, ale i to się skończyło. Kiedy Kaczyński odejdzie lub przegra, też mogę z nim wymieniać poglądy. Natomiast dopóki niszczy Polskę, to jako polski patriota przeszkadzam niszczyć mój kraj.
Twierdzenie, że jestem pełen nienawiści, jest kłamstwem. Gdybym był chodzącą nienawiścią, ludzie by mnie nie wybierali.
Kiedy Kaczyński powiedział o pana postawie w śledztwie – że 13-letnie dziewczynki na gestapo wytrzymywały tortury i nie sypały, a pan tak – jak pan się czuł? – Kaczyński nie jest w stanie mnie dotknąć, bo ja naprawdę walczyłem, a on nie. Mówienie, że małe dziewczynki wytrzymywały tortury, a ja nie, jest w odniesieniu do mnie idiotyczne. Nie miałem żadnych tortur, nie musiałem niczego wytrzymywać.
Stan wojenny. Jak się żyło w internacie
Nie straszyli, nie szantażowali? – Straszyli wysokim wyrokiem i że nie wyjdę żywy z więzienia. Ale nikt mnie nie bił. Po prostu składałem zeznania, które wydawały mi się dobre w tej sytuacji. Generalnie mówiłem to, co oni już wiedzieli. Chcieli, żebym się przyznał do chęci obalenia ustroju i że Ruch był inspirowany z zewnątrz, przez akowców, przez Kościół – odmówiłem. Przyznałem się do chęci podpalenia muzeum w Poroninie i do tego, co wiedzieli. Teraz w ogóle odmówiłbym zeznań. Na to wtedy stać było m.in. Andrzeja Czumę i Joannę Szczęsną. Ale moje zeznania są przyzwoite, nie powiedziałem im nic nowego. Zresztą ja się z tego rozliczyłem. W 1989, w książce „Wysoki brzeg”.
Jednak wydawało się, że słowa Kaczyńskiego uderzyły w pana czułą strunę. – Eee, Macierewicz też niedawno mnie wyklął: „Wymazuję z pamięci nazwisko tego człowieka!”. Natychmiast przypomniałem sobie piosenkę Starszych Panów w wykonaniu Łazuki i Kraftówny „Przeklnę cię, jeżeli mnie porzucisz/ Przeklnę cię, gdy się do innej zwrócisz/ Przeklnę cię”. Podobne uczucia wywołał we mnie Kaczyński, który chciał ze mnie zrobić donosiciela, ale mu nie wyszło. Jego zarzut opierał się dodatkowo na błędzie, że byłem TW „Leopold”, podczas gdy chodziło o kogoś innego, nawet Gontarczyk o tym pisał.
Do prawicowej prasy to trafiło i zostało. – No to co ja poradzę? Kaczyński nie może mnie obrazić, bo jest tchórzem, który chowa się za innymi, nie ma odwagi politycznej. Egzamin z tej odwagi zdawało się w okresie komunizmu i on go zdał średnio, chociaż nie można powiedzieć, że nie zdał w ogóle, bo nie poszedł na współpracę. Dotknąć mnie mogą słowa ludzi, których cenię.
Gdy Geremek powiedział mi coś przykrego, to przeżywałem. Rok byłem z nim internowany. Ale po 1989 byłem z nim w politycznym konflikcie, który przenosił się na stosunki osobiste. Geremek reprezentował koncepcję, że Obywatelski Klub Parlamentarny ma być jednością, a ja chciałem już budować inną partię. Geremek – że to za wcześnie na podziały. Dlatego nie poparłem go na szefa OKP. Pamiętam, jak mi powiedział z żalem: „Kostusiu, strasznie się zmieniłeś”.
A pan co? – „Przepraszam, Bronek”. Burzyłem coś, co on tworzył, ale co moim zdaniem nie dało się utrzymać. W końcu on miał Unię Demokratyczną, a ja ZChN. Rozeszły się nasze drogi, a zeszła się moja droga z Kaczyńskim, w polityce tak jest.
Z wieloma współinternowanymi pan się wtedy rozszedł. – Geremek, Mazowiecki, Komorowski, Drawicz, Woroszylski, Amsterdamski... Większość nie żyje, a i tak są prześladowani, niszczeni. Najpierw byłem w pokoju z Julianem Kornhauserem, dzisiaj teściem Dudy. Wielka klasa połączona z delikatnością. Nigdy nikogo nie obraził, świetnie się z nim dyskutowało. W sumie żałowałem, że wychodził. A nas przewieźli z Jaworza do Darłówka, gdzie siedziałem m.in. z Januszem Szpotańskim. To była tzw. cela szyderców. Ośmieszaliśmy fanatyzm religijny i kolegów, którzy co chwila obchodzili jakieś rocznice.
Pan szydził z fanatyków religijnych? – Że noszą krzyże na piersiach z napisem: „internowany”, że patriotyczne napisy wieszają na oknach. Kpiłem, żeby powiesili je na parapetach, bo myszołów włochaty, który jest ich jedynym czytelnikiem, musi skręcać głowę.
Miałem swój wkład w tekst Szpotańskiego „Pan Karol i Kostuś” o mnie i Karolu Modzelewskim. Zaczyna się tak: „Pan Karol – polityk o sławie światowej/ mąż stanu, budziciel sumienia;/ a Kostuś – prowincjusz spod lachy grobowej,/ pokątny intrygant i pieniacz”.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


Co dzieje się z ciałem osoby, gdy tonie? Grace Kaulitz - YouTube Mount & Blade II: Bannerlord - Ważne Informacje / PREMIERA Jak sprawdzić ważność konta głównego w Orange? Paweł Królikowski udzielił przed śmiercią ostatniego wywiadu. Padły ważne słowa Jak dbać o maseczki wielokrotnego użytku? Bardzo ważne zasady, które koniecznie trzeba znać 200kg Martwy Ciąg - KROK OD ŚMIERCI WAŻNE MODLUTWY- POPKO - YouTube

Jak zamknąć konto po zmarłym? - ZamknijKonto.pl

  1. Co dzieje się z ciałem osoby, gdy tonie?
  2. Grace Kaulitz - YouTube
  3. Mount & Blade II: Bannerlord - Ważne Informacje / PREMIERA
  4. Jak sprawdzić ważność konta głównego w Orange?
  5. Paweł Królikowski udzielił przed śmiercią ostatniego wywiadu. Padły ważne słowa
  6. Jak dbać o maseczki wielokrotnego użytku? Bardzo ważne zasady, które koniecznie trzeba znać
  7. 200kg Martwy Ciąg - KROK OD ŚMIERCI
  8. WAŻNE MODLUTWY- POPKO - YouTube
  9. Przełom w życiu Agnieszki Woźniak-Starak. Wyjawiła długo skrywane szczegóły Aktualności 360
  10. Dusza po smierci 2/2

JAK DŁUGO UDA CI SIĘ PRZEŻYĆ NA KAŻDEJ PLANECIE? - Duration: 4:48. ... Co będzie jeśli będziemy pić tylko kole i nic więcej? - Duration: 4:53. LifeStylePolska 929,113 views. I tak oto JEST, długo zapowiadany odcinek z gry Mount&Blade II. Może nie ma ona jeszcze premiery ale jest to tak zajebista gra że grzechem nie byłoby Wam jej pokazać. Pewnie nie ... Wszystkich zaskoczyła przykra wiadomość o śmierci Pawła Królikowskiego (†58 l.). Jednak jeszcze jakiś czas przed śmiercią aktor udzielił ostatniego wywiadu, ... Pierwszy trening po chorobie, podejście pod 200 (rekord życiowy 215). Moc o dziwo czułem, nie sądziłem, że będzie siła po takiej przerwie (styczeń i luty może ćwiczyłem 2 tygodnie, a ... JAK rozkochać kogoś w sobie lub jak go sobie podporządkować. Czarna i Biała Magia w praktyce. (2) Jak możecie zauważyć zmieniłam też moją nazwę , zamiast Kiyomi, teraz jest Kira. Sorka, że tak często zmieniam nazwę, ale tym razem, już naprawdę nie będę zmieniała jej na ... Po jakimś czasie należy wymienić maskę, gdyż na powierzchni materiału mogą pojawić się drobne zniszczenia, rozerwania i osłabienie nici, które powodować będzie stopniową utratę ... Ks. Natanek - Św. Siostra Faustyna wypowiada przed śmiercią ważne słowa ... Znak, po którym poznajemy, że umierający nie będzie potępiony ... GDZIE IDZIEMY PO ŚMIERCI ... Agnieszka Woźniak-Starak powoli wraca do siebie po tragicznej śmierci ukochanego męża. Niedawno wyjawiła szczegóły sekretu, który skrywała przed fanami. Agnieszka Woźniak-Starak długo ... Jak sprawdzić ważność konta głównego w Orange? Nie wiesz jak sprawdzić jak długo twoje konto w Orange będzie ważne? Sprawdź w tym odcinku jak to zrobić! Po mogłem Tobie rozwiązać ...